piątek, 24 lipca 2015

WYJAZD W GÓRY Z MAŁYM DZIECKIEM - UFOLINEK NA TATRZAŃSKICH SZLAKACH :)


Witajcie po dłuższej przerwie :)

Wróciliśmy! Cali i zdrowi, zadowoleni i pełni wrażeń :)

Pogoda dopisała, a Ufolinek okazał się wyśmienitym turystą :)

Moje wcześniejsze obawy teraz wydają mi się śmieszne. Synek zaaklimatyzowal się od razu, zasypiał bez problemu o tych samych porach co zwykle, nie marudził podczas długich spacerów w wózku, polubił nosidło, a podróż zniósł bardzo dobrze.

Ale po kolei:


DZIEŃ PIERWSZY 
Jakoś się zapakowaliśmy. Choć nie było łatwo :) O tym co znalazło się w torbie Ufolinka napisałam tutaj. Mimo, że pokój mieliśmy zarezerwowany od godziny 14-tej, postanowiliśmy wyjechać dopiero o 20-tej, tak aby Ufolinek przespał większość drogi. Do Zakopanego mamy dokładnie 580 km, także czekała nas 7-8 godzinna podróż. Wydaje mi się, że podjęliśmy dobrą decyzję. Synek zasnął po 30 minutach na jakąś godzinę. Potem przez kolejne dwie wpatrywał się w ciemność... A gdy zaczął marudzić zrobiliśmy około 20 minutowy postój. Rozprostowaliśmy kości, napiliśmy się kawy i ruszyliśmy dalej. Mały po chwili zasnął na kolejne dwie godziny. Potem znowu siedział cichutko przez jakąś godzinkę i krótko przed metą zasnął ponownie. Na miejsce dotarliśmy o 2:30. Gdy weszliśmy do pokoju Ufolinek usiadł na łóżku, rozejrzał się dookoła i zaczął się cieszyć :) Postanowiłam zrobić mu trochę mleczka żeby szybciej usnął i dłużej pospał. To było dobre posunięcie. Zasnął w ciągu 5 minut i spał do 10-tej, dzięki czemu wszyscy się wyspaliśmy :)

DZIEŃ DRUGI
Synek obudził się w znakomitym nastroju. Pogoda była piękna. Słońce i jakieś 24 stopni. Postanowiliśmy to wykorzystać i wyruszyliśmy około 12-tej do Doliny Kościeliskiej. Najpierw jechaliśmy około 15 minut busem. Potem szliśmy 1,5 godziny spacerkiem z Ufolinkiem w wózku. Chociaż cieszę się, że to nie ja go musiałam pchać, bo pod koniec było trochę ciężko... Synek praktycznie całą drogę smacznie spał. Gdy doszliśmy do schroniska rozsiedliśmy się bezpośrednio na trawce. Tata Ufolinka sączył piwo, ja koktajl jagodowy, a Mały dostał słoiczkowy obiadek podgrzany w kubku z wrzątkiem. Potem radośnie biegał po trawie, wyszukując co chwilę nowe kamyki i patyki :D Posiedzieliśmy tam jakąś godzinkę. Porozmawialiśmy z innymi turystami, powygrzewaliśmy się na słoneczku i ruszyliśmy z powrotem. Zrobiliśmy ponad 12 kilometrów. Około 17-tej byliśmy w pokoju. Odświeżyliśmy się i poszliśmy do jednej z naszych ulubionych knajp w Zakopanem, do Adamo, jakieś 10 minut piechotą od naszego pensjonatu. Gdy zjedliśmy było już na tyle późno, że wróciliśmy do pokoju. Ufolinek został wykąpany i o 20 już spał. Zasnął bez żadnego problemu, mimo że miał nas w zasięgu wzroku. My padliśmy chwilę po nim :)


DZIEŃ TRZECI

Pogoda się trochę popsuła, niebo się zachmurzyło, temperatura spadła do 20 stopni. Postanowiliśmy zrobić sobie dzień leniucha i poszwędać się po Zakopanem. O 10-tej poszliśmy na Krupówki oddalone od naszego miejsca zamieszkania o 300 metrów. Ufolinkowi bardzo spodobały się konie, które można spotkać tam na każdym kroku. Na czas jego drzemki, czyli na 13-tą wróciliśmy do pokoju. Zasnął bez problemu i spał ponad godzinę. Potem się trochę pobawił. Około 15:30 poszliśmy do kolejnej naszej ulubionej knajpy na obiad. Tym razem odwiedziliśmy Kolibeckę, znajdującą się nieopodal skoczni (ponad trzy kilometry od naszego pokoju). Ufolinek zjadł swój słoiczkowy obiad, jego tata ogromnego szaszłyka, a ja talerz smakowitych oscypków z żurawiną. W drodze powrotnej kupiliśmy owoce i zjedliśmy lody. W pokoju byliśmy około 19-tej. Godzinę później Mały już spał.

DZIEŃ CZWARTY
Wyszliśmy już przed 10-tą. Wsiedliśmy w busa, który zawiózł nas do Doliny Chochołowskiej. Po dwóch godzinach marszu doszliśmy do schroniska (synek po drodze zaliczył drzemkę). Tam zjedliśmy po zupce, a Ufolinek wsunął serek homogenizowany. Słoneczka nie było, więc trochę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ufolinek zobaczył na własne oczy owce i krowy. Te ostatnie zrobiły na nim duże wrażenie :) Około 15-tej byliśmy w pokoju. Zrobiliśmy ponad 15 kilometrów. A po odświeżeniu się dołożyliśmy kolejne 6. Tym razem wybraliśmy się na obiad do nieznanej nam, ale polecanej restauracji Mała Szwajcaria. Zapłaciliśmy dużo, a szału nie było. Ufolinek standardowo dostał słoiczek i coś tam poskubał od nas. O 19-tej byliśmy w pokoju, a o 20-tej już w łóżkach :)

DZIEŃ PIĄTY
O 10-tej wsiedliśmy do busa, który wiózł nas około 40 minut do Palenicy Białczańskiej, czyli miejsca z którego wyrusza się w 9-kilometrową wędrówkę nad Morskie Oko. Cała trasa jest wyasfaltowana, także można dojść do celu nawet z dzieckiem w spacerówce na piankowych kołach. Trzeba jednak pamiętać, że wcale łatwo nie jest, bo droga prowadzi wciąż pod górę... I o ile samej idzie się całkiem dobrze, to już pchając wózek z 10-kilowym dzieckiem, nie jest już tak łatwo. Jak dobrze, że ta rola przypadła tacie Ufolinka. Niestety po drodze zaczęło padać i trzeba było założyć folię przeciwdeszczową na wózek, co spotkało się z niezadowoleniem pasażera... Po raz pierwszy na wyjeździe Ufolinek urządził scenę. Krótki postój i przytulenie załatwiło sprawę. Uspokoił się i zasnął na jakieś 1,5 godziny. Gdy się obudził jego oczom ukazał się malowniczy widok. Niestety trawa była mokra i nasz maluch nie mógł sobie pobiegać. Natomisast zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy spowodowało, że nie zabawiliśmy tam długo. Posililiśmy się w schronisku, porobiliśmy zdjęcia, nacieszyliśmy oczy wspaniałym widokiem i ruszyliśmy w drogę powrotną, na szczęście już z górki i bez deszczowych atrakcji. Kolejne 18 kilometrów w nogach. Byliśmy dość zmęczeni, dlatego postanowiliśmy nie wracać do pokoju, tylko wysiąść z busa w centrum i pójść na obiad z marszu. Zjedliśmy w kolejnej naszej ulubionej restauracji Trattoria Adamo. Stamtąd udaliśmy się już bezpośrednio do "domu". O 20-tej padliśmy jak muchy :)



DZIEŃ SZÓSTY
Po trzech dniach dość pochmurnej pogody, wyjrzało słońce, a temperatura wzrosła do 25 stopni. Przyszedł więc czas na atak - atak na Kasprowy! Ufolinek został zainstalowany w nosidle u taty na plecach, przez co plecak z 4 litrami wody, jedzeniem, kurtkami, ubraniami Ufolinka, pieluchami, chusteczkami, kremem do pupy, kremem z filtrem itd wylądował na moich biednych barkach... Dojechaliśmy busem do Kuźnic i stamtąd malowniczą Doliną Jaworzynki doszliśmy w około dwie godziny do mojej ukochanej Doliny Gąsienicowej. Tam w otoczeniu wierzchołków Orlej Perci zrobiliśmy dłuższy postój. Zgodnie z moją osobistą, długoletnią tradycją zamówiłam w schronisku naleśniki z serem. Niebo w gębie :) Ufolinek dostał jogurcik, poskubał trochę naszej chałki i cały szczęśliwy zajął się szukaniem kamyków w trawie. Zaliczył też pierwsze przewijanko na łonie natury, w krzakach na trawce :) Uraczeni pięknymi widokami i doładowani węglowodanami ruszyliśmy szlakiem na Kasprowy Wierch. Szłam tamtędy chyba już trzeci raz, ale tym razem było mi dość ciężko. Mój brak entuzjazmu dla jakichkolwiek form sportu dał o sobie znać. Kondycję mam marną. Za to tata Ufolinka z 10-kilogramowym balastem na plecach zawstydziłby niejednego młodzieniaszka. No ale on biega, jeździ na rowerze. Nie to co ja... Poza tym wigoru dodawały mu pewnie turystki zauroczone widokiem naszego skrzata tak wysoko w górach, które co chwilę na jego widok
wydawały okrzyki zachwytu :) Mały całą drogę przespał, grzejąc tatę niczym szal w szyję :D Gdy już dotarliśmy do góry, musieliśmy trochę przyodziać Ufolinka, bo różnica temperatur była dość spora. Ze względu na synka postanowiliśmy nie schodzić, tylko zjechać kolejką. Całą wyprawę Ufolinek zniósł świetnie. Wydaje mi się, że lepiej mu było w nosidle niż w wózku. Gdy już byliśmy na dole, postanowiliśmy pójść na obiad podobnie jak dzień wcześniej od razu. W nagrodę za wysiłek uraczyliśmy się w Trattoria Adamo najdroższym obiadem podczas całego wyjazdu. A co! Zasłużyliśmy :) Gdy dotarliśmy do pokoju, pozostało tylko się umyć i odpłynąć w krainę snów :)

DZIEŃ SIÓDMY
Postanowiliśmy zrobić sobie kolejny dzień leniucha :) O 10-tej poszliśmy pospacerować po Równi Krupowej. To park położony w samym centrum Zakopanego. Rozpościerają się z niego piękne widoki na Tatry i pasmo Gubałówki. Ufolinek puszczony na trawę był w siódmym niebie. Potem posiedzieliśmy w Wytwórni Lodów Naturalnych, delektując się dziwnymi smakami lodów :) Na drzemkę synka wróciliśmy do pokoju. Około 15-tej wybraliśmy się na obiad do kolejnej naszej ulubionej knajpy Marzanny, oddalonej od naszego pokoju o 4,5 kilometra. Na miejscu zjadłam najlepszą w Zakopanem kwaśnicę oraz najlepsze jakie jadłam w życiu ruskie pierogi. Warto było iść prawie godzinę :) Ufolinek standardowo wsunął zawartość słoiczka. W drodze powrotnej znowu poszliśmy na Równię Krupową. Tym razem na ogromny plac zabaw z przeogromną piaskownicą. Ufolinek wytarzał się w piachu za wszystkie czasy. Niestety zabawa zakończyła się przykrym incydentem, a mianowicie wypadnięciem synka na twarz z piaskownicy :( Rodzice, gapy nie dopilnowali jedynaka :( Skończyło się na lekkim zadrapaniu nosa i kilku łzach. Ale ogólnie dzień był naprawdę udany :) Ufolinek zasnął chyba w minutę :D














DZIEŃ ÓSMY
O 10-tej ruszyliśmy na kolejną wyprawę z Ufolinkiem w nosidle. Termometr wskazywał 27 stopni. Dojechaliśmy busem do Kuźnic, a stamtąd ruszyliśmy w kierunku Polany Kalatówki. Następnie odbiliśmy na szlak nad reglami aby dojść na Sarnią Skałę. Przed samym podejściem, zatrzymaliśmy się aby coś zjeść i przewinąć Ufolinka. Po około dwóch godzinach znaleźliśmy się na wierzchołku Sarniej Skały, z której rozpościera się jedyny w swoim rodzaju widok na Giewont. Następnie zeszliśmy do Doliny Strążyńskiej. Tam zrobiliśmy kolejny dłuższy postój żeby synek pobiegał po trawce. Posiedzielibyśmy pewnie dłużej, ale w oddali słychać było złowrogie pomrukiwanie zbliżającej się burzy. Gdy znaleźliśmy się już na ulicy Zakopanego dopadła nas taka ulewa, że do pokoju dotarliśmy przemoczeni do suchej nitki i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Z butów wylewała się woda, a bieliznę można było wyżymać. Pewnie jesteście ciekawi co z Ufolinkiem. Poza tym że trochę wystraszył się deszczu, nie zmoczyła go nawet kropelka, ponieważ mieliśmy ze sobą wielki parasol, który przezornie zabraliśmy właśnie w razie takiej sytuacji. Podczas całej wyprawy Mały spał tylko 20 minut, dlatego jak tylko weszliśmy do pokoju odłożyłam go do łóżeczka. Zasnął od razu i spał 1,5 godziny. A my razem z nim... Gdy się obudziliśmy była już 17-ta. Z racji tego, że mieliśmy już w nogach ponad 10 kilometrów poszliśmy na obiad do pobliskiego Adamo, gdzie wsunęliśmy jedną z najlepszych pizzy jaką jadłam. Potem poszliśmy jeszcze na spacer i do cukierni Samanta. Mają tam bardzo dobre, tanie ciasta, w tym kremówki wadowickie oraz przepyszną mrożoną kawę. Do pokoju wróciliśmy wyjątkowo po 20-tej, z racji późnej drzemki Ufolinka. Zasnął po 21.















DZIEŃ DZIEWIĄTY
Planowaliśmy kolejny dzień w górach, ale przemoczone buty pokrzyżowały nam plany. Może i dobrze, bo upał był straszny, ponad 30 stopni w cieniu. Zresztą wieczorem ruszaliśmy już do domu, więc dzień leniucha nawet był wskazany. Około 10-tej wybraliśmy się na spacerek po Krupówkach, na kawę mrożoną do Samanty i jeszcze raz na Równię Krupową. Niestety trawa była mokra po ulewie z dnia poprzedniego i Ufolinek nie mógł sobie pobiegać. Na drzemkę wróciliśmy do pokoju. Gdy Mały się wyspał poszliśmy po raz kolejny na obiad do Marzanny. Nie mogłam się powstrzymać i znowu zamówiłam między innymi ruskie pierogi :) Wracając wstąpiliśmy jeszcze do Wytwórni Lodów Naturalnych. W pewnym momencie Ufolinek zaczął płakać. Coraz mocniej i mocniej. Wkładał przy tym prawie całą rączkę do buzi. Ewidentnie zęby. Na szczęście zawsze noszę przy sobie Camillię. Po 5 minutach się uspokoił, ale i tak postanowiliśmy wracać już do pokoju. Spakowałam nas i o 20-tej z żalem ruszyliśmy w drogę powrotną. Mały zasnął od razu i obudził się dopiero po 5 godzinach, bo musieliśmy zatankować samochód. Gdyby nie to spałby pewnie do końca. A tak kolejne 2,5 godziny siedział cichutko w ciemności. Kochane dziecko :) Gdy weszliśmy do domu wydał okrzyk radości :) Potem dostał mleczko i zasnął w 5 minut. Obudził się o 10-tej. Tylko, że tym razem już nie szliśmy, ani w góry, ani do parku, ani na Krupówki...

I tak to wyglądało :) Za nami ponad 100 km marszu, masa pysznego jedzenia w brzuchach i moc wrażeń estetycznych :)

Jeśli ktoś dotarł do końca tej obszernej relacji, to wie że góry z roczniakiem to całkiem niezły pomysł i nie ma się czego obawiać. Zresztą dzieci w Zakopanem jest mnóstwo i to poczynając od dwu, czy trzymiesięcznych. Poza tym za dzieci praktycznie nigdzie się nie płaci. Przejazdy busami mają za darmo (o ile siedzą u rodziców na kolanach), wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego jest darmowy do 7 roku życia, za kolejkę na Kasprowy nie płaci się za dzieci do lat 4, a w hotelach, pensjonatach czy kwaterach prywatnych nie pobierają opłat za dzieci do lat trzech. 

Mam nadzieję, że rozwiałam  wątpliwości rodziców, którzy wahali się przed podjęciem decyzji o wyjeździe w góry z małym dzieckiem :) Osobiście gorąco polecam. Jak ktoś kocha góry i lubi odpoczywać aktywnie, to dziecko naprawdę w niczym nie przeszkadza. No może tylko w wyjściu wieczorem z pokoju... Ale my po całym dniu chodzenia byliśmy tak padnięci, że marzyliśmy tylko o łóżku :) Więc to nie był problem.





8 komentarzy:

  1. Udany wyjazd, widze,ze kochacie Tatry, jak my:-) my zpowodu odleglosci(okolice gdanska) z mlodym nie zdecydowalismy sie jechhac,zatem mamy juz dlugo przerwe, niestety.... tez w gorach zeszlismy juz wszystko, wiec troche sie zadtanawiam czy po naszych gorskich hardkorach np. Gubalowka by nas radowala... chociaz powins sie liczyc sama przyjemnosc przebywania....plany mielismy, by pojechac osobno,kazde na tydzien,lub razem i dalibysmy sobie po 2 wyjscia samotne. Ale gory mussa jeszcze poczekac, bo obecnie oczekuje dziecka.

    Z przyjemnoscia oglada sie Wasze zdjecia, a mąz ma niezla kondycje, ze z takim slodkim ciezarm dal rade chodzic:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie raz pojedziecie w góry całą czwórką. One na pewno nie uciekną :)
      Wyjazd z dzieckiem to nie to samo co wypad we dwoje, ale też ma swój urok. Wiadomo, że z dzieckiem nie odważyłabym się ruszyć na Orlą Perć czy Rysy, ale okolice Kasprowego czy Czerwonych Wierchów są jak najbardziej w zasięgu :)

      Usuń
  2. Podziwiam Was, że Wam się chce chcieć;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Podziwiam. Też zaliczyłam w tym roku góry z synkiem (10miesięcy, ale zrobiliśmy trochę mniej kilometrów niż wy :) i dziękuję niebiosom za mojego Mistrala, bo byłam świadkiem, jak na szlaku innej parze odpadło kółko od wózka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W górach dobry wózek na dużych, pompowanych kołach to podstawa. Ze zwykłą spacerówką czy parasolką nie odżyłabym się jechać. Za rok chcemy pojechać zimą. To dopiero będzie wyprawa :)

      Usuń
    2. Faktycznie, ciekawe, czy robią takie małe łańcuchy na kółka od wózka :D Musze napisać do producenta, żeby wprowadził je do oferty :D

      Usuń