Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klub malucha. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą klub malucha. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 września 2015

KLUB MALUCHA - JAK RADZI SOBIE UFOLINEK I JEGO MAMA W NOWEJ SUTUACJI




Ponad tydzień temu wróciłam do pracy... Tym samym Ufolinek trafił do Klubu Malucha. To taki prywatny żłobek, mieszczący się w mieszkaniu w bloku. Uczęszcza do niego maksymalnie 15 dzieci w wieku 1-3 lat. Dziećmi zajmują się cztery przemiłe panie, zwane przez nie "ciociami". Widać, że każda z nich uwielbia dzieci oraz swoją pracę, która przecież do łatwych nie należy. Maluchy większość dnia spędzają na zabawie. Ponadto wychodzą na spacer, śpią oraz spożywają tam posiłki. Jedzenie można dostarczać we własnym zakresie, albo wykupić to co proponuje Klub. Menu ustalane jest przez dietetyka, a posiłki przygotowuje firma cateringowa. Z tego co widziałam jadłospis jest urozmaicony i co ważne zdrowy. Z racji tego, że Klubik znajduje się w mieszkaniu, jest tam przytulnie i bardzo domowo. Pomimo tego już na wiele tygodni przed "godziną zero" przeżywałam, że będę musiała oddawać swój największy skarb jakby nie patrzeć na większość dnia do obcych ludzi. Zamartwiałam się wszystkim. Począwszy od tego jak synek odnajdzie się w nowej rzeczywistości, czy da radę tam spać, czy będzie jeść, czy nie będzie płakał itd. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam :) 
Ufolinek do klubu chodzi już ponad miesiąc, bo postanowiłam zaznajamiać go z nową sytuacją stopniowo. Ale po kolei.

  • 22.07 - rozpoczęliśmy adaptację. Przez pięć dni chodziłam z nim na godzinkę dziennie. Potem zostawiałam go na godzinę samego. Gdy po niego wracałam witał mnie płaczem. Nie muszę pisać co czułam...
  • 03.08 - 7.08 - zaczęłam go zostawiać na trzy godziny. Nie płakał już gdy po niego przychodziłam, tylko gdy go zostawiałam.
  • 10.08 - 14.08 - zaczął zostawać na sześć godzin. Gdy miałam go pierwszy raz zostawić na tak długo (już z jedzeniem i spaniem), byłam tak zestresowana, że nie mogłam na niczym się skoncentrować ani nic przełknąć. Stresowałam się chyba gorzej niż przed porodem. Tymczasem okazało się, że synek powitał mnie bez płaczu, zadowolony, a "ciocie" nie mogły się go nachwalić. Ponoć cały czas się bawił i ku ich zdziwieniu zasnął sam, co nowicjuszom się raczej nie zdarza. Kolejne dni wyglądały podobnie. Tylko rano gdy znikałam mu z oczu słyszałam jak chwilkę popłakuje. Niestety okazało się, że menu Ufolinkowi nie przypasowało i praktycznie nie zjadał obiadów. Widocznie są dla niego jeszcze zbyt dorosłe. Postanowiłam na jakiś czas odpuścić i zanosić mu własnoręcznie przygotowane posiłki. Przynajmniej wiem co je.
  • 17.08 - 21.08 - zaczął zostawać na siedem godzin. 18.08 po raz pierwszy nie rozpłakał się gdy go zostawiałam i tak już zostało :)
  • 24.08-26.08 - miał stan podgorączkowy po szczepieniu (więcej na ten temat tutaj) i nie chodził do Klubiku.
  • 27.08 - poszedł pierwszy raz na dziewięć godzin. Wszystko było ok :)

Nadal chodzi na dziewięć godzin dziennie. Odbieram go uśmiechniętego, zadowolonego i rozgadanego :) Swoją drogą to barbarzyństwo, że trzeba na tak długo zostawiać własne dziecko. To niesprawiedliwe, że teraz mam dla niego tylko trzy godziny dziennie plus weekendy :( Na szczęście jestem już spokojna, bo wiem że w Klubiku całkiem dobrze się bawi i nie jest nieszczęśliwy. Jestem z niego dumna, bo zaadaptował się naprawdę błyskawicznie. Zuch chłopak :)


środa, 28 stycznia 2015

KLUB MALUCHA - PRZYSZŁOŚĆ UFOLINKA


Gdy wrócę do pracy Ufolinkiem miała zająć się moja mama. Jednakże mieszka ona 15 km od nas, a ja pracuję w połowie drogi do rodziców. Tak więc musiałabym wychodzić z domu godzinę wcześniej aby zawieźć synka i cofnąć się z powrotem do pracy. A po pracy musiałabym jechać w kierunku przeciwnym od domu aby go odebrać, a potem znowu przemierzyć całe miasto by dostać się do domu. A wszystko w godzinach szczytu, bo pracuję od 8 do 16. W sumie jakieś 45 km i dwie godziny w samochodzie. Już nawet nie chodzi o koszty paliwa, ale o czas zmarnowany na dojazdy.
Po godzinach bicia się z myślami postanowiłam rozejrzeć się za jakimś sensownym miejscem, do którego mogłabym zaprowadzać synka. Zakładałam, że jeśli nie znajdę nic co mi się spodoba będę go woziła do mamy. Byłam we wszystkich klubach malucha na moim osiedlu i tylko jeden zrobił na mnie pozytywne wrażenie. I to na tyle pozytywne, że postanowiłam zapisać tam Ufolinka. Co ciekawe:

  • klubik znajduje się pięć minut pieszo od naszego domu. 
  • mieści się w mieszkaniu w bloku na parterze i wygląda w nim jak w domu. A co za tym idzie jest tam ciepło i przytulnie. 
  • największy pokój spełnia funkcję pokoju zabaw, w mniejszych znajduje się sypialnia i jadalnia.
Tak wygląda pokój zabaw
  • przyjmują maksymalnie 14 dzieci  w wieku 1-4 lata. Na chwilę obecną przychodzi 12. Z tym że zwykle jest około 8, bo część z nich chodzi tylko w określone dni albo przychodzi na kilka godzin dziennie. 
  • są trzy panie. Poznałam wszystkie i zrobiły na mnie bardzo dobre wrażenie. Wydają się być ciepłe i oddane dzieciom. 
  • dzieciaki spędzają czas głównie na zabawie, raz w tygodniu mają rytmikę, angielski i zajęcia z logopedą. 
  • śpią w miarę potrzeb, o różnych godzinach, a nie na gwizdek. 
  • jedzenie zapewnia firma cateringowa dzięki czemu jest bardzo zróżnicowane. To dla mnie dość istotne, bo w domu jemy zarówno kasze, ryż, makaron jak i ziemniaki i nie chciałabym aby Ufolinek jadł dzień w dzień na przykład tylko ziemniaki.
  • stawka żywieniowa za dzień wynosi 7 zł (śniadanie, obiad i podwieczorek) - gdy dziecka nie ma pieniądze są zwracane.
  • za 100 zł wpisowego właścicielka wykupuje dzieciom ubezpieczenie oraz kupuje nocnik, śliniak, talerzyk, sztućce, szczoteczkę do zębów itp.
  • dzieci wychodzą na spacery
  • jest monitoring
  • zajęcia adaptacyjne (dwie godziny dziennie) trwają w zależności od dziecka i jego zdolności przystosowawczych od kilku do kilkunastu dni. 

Miałam szczęście, bo akurat jak byłam przyszedł po córeczkę jeden z tatusiów. Nie omieszkałam wypytać go o wrażenia. Powiedział, że są z żoną bardzo zadowoleni, a mała uwielbia tam chodzić.
Potem okazało się, że chodzą tam również chłopcy przyjaciółki mojej koleżanki z pracy i są bardzo zadowoleni. Wręcz nie mogą doczekać się w weekend poniedziałku :) To dla mnie najlepsza rekomendacja.

Póki co widzę same plusy uczęszczania do takiego klubu. Wydaje mi się, że dziecko w takim miejscu lepiej się rozwija, szybciej uczy nowych rzeczy, a przebywając wśród innych dzieci uczy się stosunków społecznych i międzyludzkich. Nie zmienia to faktu, że jak pomyślę iż mam Ufolinka, mojego małego, bezbronnego synka zaprowadzać na cały dzień do obcego miejsca, serce ściska mi się z żalu... Poza tym boję się, że zacznie na potęgę chorować. Ale pocieszam się, że zawsze mogę zmienić zdanie i zawozić go jednak do babci.