Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa mamy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą strefa mamy. Pokaż wszystkie posty

sobota, 23 stycznia 2016

WYWIAD Z MAMĄ UFOLINKA :)


Kilka miesięcy temu postanowiłam wesprzeć kampanię "Pneumokokom mówimy: Szczepimy!!!" Pojawił się wówczas post na temat akcji bezpłatnych szczepień przeciwko pneumokokom. Możecie go znaleźć tutaj.

Przy tej okazji na stronie kampanii ukazał się wywiad z Mamą Ufolinka, który możecie przeczytać poniżej. Wcześniej jakoś tak zapomniałam go opublikować. Miłej lektury :)

  • W Internecie można znaleźć bardzo wiele blogów o tematyce parentingowej. Co wyróżnia Twój? Jakie dwie cechy podałabyś, aby opisać swojego bloga?
Sam fakt, że piszę o moim synku czyni go wyjątkowym i wyróżnia na tle innych :) Wierzę, że mój blog jest przede wszystkim przydatny i niejedna mama może skorzystać z moich doświadczeń.

  • Kiedy narodził się w Twojej głowie pomysł, żeby pisać bloga? To był impuls, czy nosiłaś się z tym zamiarem jakiś czas?
To był impuls. Gdy synek miał cztery miesiące podczas jednej z jego drzemek przeglądałam blogi parentingowe i pomyślałam sobie: „dlaczego ja takiego nie prowadzę, przecież to skarbnica wspomnień, które mają to do siebie, że niestety są ulotne”. I tak się zaczęło. Żałuję jedynie, że zaczęłam go pisać tak późno, a nie na etapie ciąży. Ale kto wie, może jeszcze będę miała drugą szansę… :)

  • Jak mama na pełen etat znajduje czas, żeby prowadzić bloga?
Mam bardzo spokojne, bezproblemowe dziecko, które dobrze sypia. Posty powstają najczęściej podczas jego drzemek :)

  • Czy komentarze pod Twoimi postami dodają Ci skrzydeł, czy raczej je podcinają? Których jest więcej? Czy komentarze mają wpływ na to, o czym piszesz?
Póki co, komentarze są na ogół pozytywne. Dla blogera nie ma nic milszego i bardziej motywującego niż komentarz typu: „Twój post bardzo mi pomógł, przydał się itp.” To musi dodawać skrzydeł :)

  • Jakie są Twoje długoterminowe plany związane z blogowaniem? 
Nie mam długoterminowych planów związanych z blogowaniem. Za tydzień wracam do pracy. Muszę odnaleźć się w „nowej rzeczywistości” i przekonać się ile czasu w nowej sytuacji zdołam poświęcić „Mamie Ufolinka”.

  • Zastanawiasz się, co kiedyś pomyślą Twoje dzieci po przeczytaniu Twojego bloga? Obawiasz się tego, czy może na to czekasz?
Pewnie, że się zastanawiam. Myślę, że dziewczynka bardziej doceniłaby moje zapiski. Ale mam nadzieję, że i synek za ładnych parę lat z chęcią do nich zajrzy. Kto wie, może pokaże swoim dzieciom :) Osobiście chciałabym mieć taki „pamiętnik” z okresu mojego dzieciństwa.

  • Podczytujesz blogi innych mam? Jeśli tak, to które są Twoimi ulubionymi? 
Czasami zaglądam na inne blogi parentingowe. Ale raczej sporadycznie. Niestety doba jest krótka, a synek w dzień śpi coraz mniej :) Za to wieczorami wolę wsunąć się pod kołdrę z dobrą książką :)

  • Dzisiaj każdy publikuje mnóstwo zdjęć na Facebooku, Instagramie i innych mediach społecznościowych. Nie uważasz, ze jest to odzieranie się z prywatności? Czego nigdy nie opublikowałabyś na swoim blogu?
Niezaprzeczalnie jest to odzieranie się z prywatności. Sama miałam dylemat czy zamieszczać zdjęcia synka. Zresztą sam fakt prowadzenia bloga to zapraszanie czytelnika do swojego życia. Na szczęście nie jestem osobą medialną i to ja decyduję ile chcę pokazać i w jakiej formie. Nigdy nie zamieszczam zdjęć synka bez ubrania czy w jakichś krępujących dla niego sytuacjach. Ponadto raczej nie zamieszczam zdjęć swoich ani męża.

  • Czy stresowałaś się podczas zakładania bloga, że nikt go nie będzie czytał, czy była to kwestia drugorzędna?
Gdy go zakładałam to myślałam tylko o sobie, o tym że utrwalę swoje wspomnienia. Gdy odkryłam, że ktoś go czyta byłam zdumiona i podekscytowana. Zaczęłam przeglądać statystyki, a mąż śmiał się ze mnie mówiąc: „przecież mówiłaś, że piszesz tylko dla siebie”. Cóż, teraz robię to nie tylko dla siebie :)

  • Ostatnio bardzo wiele się słyszy o ruchach antyszczepionkowych, które pojawiają się nagle i licznie. Jaka jest Twoja postawa w związku z kwestią: „szczepić – nie szczepić”? Szczepiłaś swoje dziecko?
Tak, szczepiłam synka. Szczepiłam go szczepionką skojarzoną 5w1 oraz szczepionką przeciw rotawirusom. Miesiąc temu zaszczepiłam go również przeciwko pneumokokom oraz meningokokom, ponieważ zaczął uczęszczać do Klubu Malucha, a tym samym mieć codzienny kontakt z innymi dziećmi. Tydzień temu zaszczepiłam go także przeciwko ospie wietrznej.

  • Jak oceniasz kampanie edukacyjne dotyczące szczepień? Czy jest potrzeba ich prowadzenia?
Kampanie bywają różne. Uważam, że są potrzebne jednak nie mogą być zbyt nachalne, bo odnoszą efekt odwrotny do zamierzonego.

  • Dlaczego zdecydowałaś się wesprzeć kampanię „Pneumokokom mówimy: szczepimy!!!” ?
Mam nadzieję, że dzięki kampaniom szczepionki już wkrótce będą refundowane i wówczas wszyscy rodzice, którzy tego chcą, a obecnie nie mogą sobie na to pozwolić ze względów finansowych, będą mogli zaszczepić swoje dzieci.

  • Jakim krótkim hasłem zachęciłabyś swoje czytelniczki do szczepienia dzieci przeciwko pneumokokom? 
Szczepmy nasze dzieci przeciwko pneumokokom – lepiej to zrobić, niż później żałować…


  • Dokończ zdanie: „Zdrowie mojego dziecka/dzieci …”
Jest dla mnie wartością nadrzędną.




środa, 11 listopada 2015

DZIEŃ POWSZEDNI MATKI PRACUJĄCEJ


Pewnie zauważyliście, że od jakiegoś czasu posty pojawiają się rzadziej niż zwykle. Gdy byłam na macierzyńskim zamieszczałam trzy wpisy tygodniowo, gdy wróciłam do pracy starałam się zamieszczać dwa. Jednak od miesiąca pojawia się średnio jeden post w tygodniu. Po prostu doba jest dla mnie za krótka. Nie mam ani czasu, ani siły na pisanie :( 


Mój dzień wygląda teraz tak:

6:00 – pobudka (jeśli sama zawożę Ufolinka do Klubiku to o 5:30)


6:00 – ogarniam siebie (prysznic, makijaż, suszenie włosów)

6:40 – pakuję jedzenie dla Ufolinka i dla siebie (przygotowuję wszystko dzień wcześniej wieczorem) oraz przygotowuję mu mleczko.

6:50 – budzę Ufolinka - na szczęście nie ma z tym problemu. Mały budzi się od razu uśmiechnięty i skory do zabawy :)

6:55 – Ufolinek pije mleczko, a ja go przytulam. To takie nasze krótkie chwile czułości przed dziewięciogodzinnym rozstaniem.

7:00 – myję Ufolinkowi buźkę, pupę, zmieniam pieluszkę i ubieram.

7:10 – Ufolinek rusza do zabawek, a ja w tym czasie ubieram się, myję butelkę po mleku i zazwyczaj gonię go po całym domu z syropem.

7:20 – Ufolinek jest ubierany do wyjścia i tutaj najczęściej mój nos wyczuwa zawartość pieluchy… Synek z powrotem ląduje na przewijaku. Muszę go rozebrać, umyć pupę pod bieżącą wodą, nasmarować i ubrać na nowo. Jakieś 10 minut w plecy.

7:30 – jak dobrze pójdzie wychodzimy. Synek daje buziaka, robi papa i odjeżdża z tatą do Klubu Malucha. Czasami odwożę go sama. Wówczas wychodzimy 10 minut wcześniej. Nie lubię tego, bo najnormalniej w świecie brakuje mi rąk. Na ramieniu mam dużą torebkę, na rękach Ufolinka, jego plecak i worek z moim jedzeniem do pracy. Jak pada deszcz to nie mam ręki żeby trzymać parasol.

8:00 – 16:00 – jestem w pracy.

16:30 – Ufolinka odbiera tata albo ja.

16:45 – odgrzewam obiad, który zwykle przygotowujemy w weekend. Gotuję makaron, kaszę, ryż lub ziemniaki. Jak jest tata Ufolinka to go przynajmniej zajmie, ale jak jesteśmy sami to Mały kręci mi się pod nogami, otwiera szuflady, zagląda do szafek i koniecznie chce już jeść to co dopiero zaczęło się gotować.

17:15 – jemy obiad.

17:30 – ogarniam kuchnię po obiedzie.

18:00 – siadam. Jestem tak zmęczona po całym dniu pracy, że najchętniej zawinęłabym się pod kołderkę z książką. Ale oczywiście spędzam tą godzinkę z synkiem. Tak naprawdę to jedyny czas w ciągu dnia kiedy mogę być tylko dla niego :(

19:00 – Ufolinek kąpie się w asyście taty, a ja w tym czasie sprzątam zabawki, przygotowuję mu rzeczy na następny dzień oraz mleczko.

19:15 – synek ląduje na przewijaku.

19:25 – pije mleczko w ramionach mamy :)

19:30 – leży już w łóżeczku, a ja ruszam do kuchni przygotować nam jedzenie na kolejny dzień.

20:00 – biorę prysznic.

20:30 – SIADAM. I nie mam już na nic siły… Nawet nie mam siły czytać książki. Zwykle oglądam serial i najpóźniej o 22 jestem już w łóżku. Przed snem zaglądam jeszcze do synka i chwilkę patrzę jak śpi.





















Sami widzicie jak jest. Dobrze, że są weekendy :) Wtedy zwykle udaje mi się skrobnąć coś na bloga :) Chociaż czasami i w weekend trudno. Bo trzeba posprzątać mieszkanie, ugotować obiady na cały tydzień, odwiedzić rodziców, znajomych. Na szczęście nie jestem z tym wszystkim sama, bo w końcu Ufolinek ma też tatę :) Coraz częściej myślę o samotnych matkach, które muszą sobie radzić ze wszystkim same. Podziwiam je i chylę czoła.


sobota, 12 września 2015

MATKA - OSOBA NAJCZĘŚCIEJ KRYTYKOWANA





Matka, to istota która musi mieć gruby pancerz, aby znosić wszechobecną krytykę. Nie wiem dlaczego ludzie dają sobie prawo do jawnego krytykowania matek i wsadzania nosa w nie swoje sprawy. Nie biorą przy tym pod uwagę faktu, że dla wielu z nas pojawienie się dziecka jest zupełnie nową, a przez to ogromnie stresującą sytuacją. Zamiast nas wspierać, już w czasie ciąży negują nasze zachowania i wybory. 

Zawsze znajdą się tacy którzy:

  • uważają, że za mało w ciąży przytyłaś - mówią: "pewnie się głodzi wariatka, dba o linię zamiast o dziecko"
  • uważają, że przytyłaś w ciąży za dużo - mówią: "pewnie się obżera słodyczami, nigdy nie dojdzie do formy po porodzie"
  • uważają, że niepotrzebnie chodzisz prywatnie do lekarza - mówią: "wyrzuca pieniądze w błoto, zamiast kupić coś dziecku"
  • uważają, że powinnaś chodzić prywatnie do lekarza - mówią: "oszczędza na dziecku, a przecież po darmowej służbie zdrowia nie można się spodziewać niczego dobrego"
  • uważają, że powinnaś rodzić naturalnie - mówią: "kobieta jest stworzona do tego by rodzić, taka która miała cesarkę nie jest prawdziwą matką"
  • uważają, że powinnaś wybrać cesarkę - mówią: "po co się męczyć, mieć problemy z nietrzymaniem moczu, z bólem krocza"
  • uważają, że jedynie karmienie naturalne jest gwarancją zdrowia dziecka - mówią: "nie karmi, bo boi się o cycki, co z niej za matka"
  • uważają, że karmienie butelką jest wygodniejsze - mówią" a co ty dojna krowa jesteś, chcesz być uwiązana z wiszącym przy cycku dzieckiem"
  • uważają, że kupujesz dziecku za dużo ubranek - mówią: "nie ma na co pieniędzy wydawać, przecież dziecko i tak z tego zaraz wyrośnie"
  • uważają, że nie powinno się kupować dziecku ubranek w lumpeksach - mówią: "oszczędza na dziecku, ciekawe czy sobie też kupuje rzeczy w lumpeksach"
  • uważają, że powinno się szczepić dziecko na wszystko co się da - mówią: "nie zaszczepi, a potem będzie żałowała"
  • uważają, że szczepienia są szkodliwe - mówią: "zaszczepi, a potem będzie żałowała"
  • uważają, że za lekko ubierasz dziecko - mówią: "jak można tak lekko ubierać dziecko, przecież jemu jest na pewno zimno, na pewno się przeziębi"
  • uważają, że za grubo ubierasz dziecko - mówią" jak można tak grubo ubierać dziecko, przecież ono jest na pewno zapocone, wyjdą mu potówki"
  • uważają, że za często nosisz dziecko - mówią "po co ona wciąż to dziecko nosi, małe się przyzwyczai i nie będzie mogła go ani na chwilę odłożyć"
  • uważają, że za mało nosisz dziecko - mówią: "dziecko powinno nosić się w chuście, żeby było wciąż przy matce"
  • uważają, że niepotrzebnie dajesz smoczek - mówią: "po co dziecku smoczek, będzie miał krzywe ząbki"
  • uważają, że powinnaś dawać smoczek - mówią: "jak można odmawiać dziecku smoczka, ono go potrzebuje"
  • uważają, że nie powinnaś spać z dzieckiem: - mówią: "dziecko powinno spać we własnym łóżeczku inaczej się przyzwyczai i nie będzie chciało spać samo"
  • uważają, że powinnaś spać z dzieckiem - mówią: "dziecko potrzebuje bliskości mamy, szczególnie w nocy"
  • uważają, że dziecko powinno ssać smoka aż samo go odrzuci - mówią: "nie można zabierać dziecku jego najlepszego przyjaciela"
  • uważają, że jak najszybciej powinnaś odstawić smoka - mówią "jak długo dziecko może chodzić ze smokiem, będzie miało krzywe zęby"
  • uważają, że powinnaś sama gotować dziecku - mówią: "nie wiadomo co siedzi w tych słoiczkach, nie bądź leniwa, ugotuj coś sama"
  • uważają, że słoiczki są zdrowsze od własnoręcznie ugotowanych posiłków - mówią: "słoiczki są przebadane, zawierają zdrowe, ekologiczne warzywa, nie ma nic lepszego dla niemowlaka"
  • uważają, że powinnaś wysadzać dziecko na nocnik gdy tylko zacznie siedzieć - mówią: "moje dziecko to robiło na nocnik jak miało 10 miesięcy"
  • uważają, że za szybko wysadzasz dziecko na nocnik - mówią: "po co męczysz to dziecko, przecież ono i tak nie kontroluje jeszcze swoich potrzeb fizjologicznych"
  • uważają, że nie powinnaś dawać dziecku słodyczy - mówią: "cukier to biała śmierć, po co faszerować nim dziecko"
  • uważają, że jesteś wyrodną matką odmawiając dziecku słodyczy - mówią: "sama żre słodycze, a dziecku nie da"
  • uważają, że nie powinnaś wracać do pracy tylko zająć się dzieckiem - mówią: "jak ona może zostawiać takie maleńkie dziecko, co z niej za matka"
  • uważają, że nie jesteś ambitna skoro postanowiłaś zająć się wychowaniem dziecka - mówią: "dlaczego ona nie wraca do pracy, praca nie będzie na nią czekała, a dzieci kiedyś dorosną"


Mogłabym tak długo wymieniać. Cokolwiek byśmy nie zrobiły zawsze znajdą się osoby, które nas skrytykują. Nigdy wszystkich nie zadowolimy. Warto o tym pamiętać i żyć w zgodzie z samą sobą. W końcu to nasze życie, nasze dziecko, nasza rodzina. Inni niech zajmą się sobą i popatrzą w lustro. Gwarantuję, że nikt tam ideału nie zobaczy. A dla naszego dziecka i tak jesteśmy najlepszą mamą pod słońcem :)



czwartek, 3 września 2015

KLUB MALUCHA - JAK RADZI SOBIE UFOLINEK I JEGO MAMA W NOWEJ SUTUACJI




Ponad tydzień temu wróciłam do pracy... Tym samym Ufolinek trafił do Klubu Malucha. To taki prywatny żłobek, mieszczący się w mieszkaniu w bloku. Uczęszcza do niego maksymalnie 15 dzieci w wieku 1-3 lat. Dziećmi zajmują się cztery przemiłe panie, zwane przez nie "ciociami". Widać, że każda z nich uwielbia dzieci oraz swoją pracę, która przecież do łatwych nie należy. Maluchy większość dnia spędzają na zabawie. Ponadto wychodzą na spacer, śpią oraz spożywają tam posiłki. Jedzenie można dostarczać we własnym zakresie, albo wykupić to co proponuje Klub. Menu ustalane jest przez dietetyka, a posiłki przygotowuje firma cateringowa. Z tego co widziałam jadłospis jest urozmaicony i co ważne zdrowy. Z racji tego, że Klubik znajduje się w mieszkaniu, jest tam przytulnie i bardzo domowo. Pomimo tego już na wiele tygodni przed "godziną zero" przeżywałam, że będę musiała oddawać swój największy skarb jakby nie patrzeć na większość dnia do obcych ludzi. Zamartwiałam się wszystkim. Począwszy od tego jak synek odnajdzie się w nowej rzeczywistości, czy da radę tam spać, czy będzie jeść, czy nie będzie płakał itd. Okazało się, że niepotrzebnie się martwiłam :) 
Ufolinek do klubu chodzi już ponad miesiąc, bo postanowiłam zaznajamiać go z nową sytuacją stopniowo. Ale po kolei.

  • 22.07 - rozpoczęliśmy adaptację. Przez pięć dni chodziłam z nim na godzinkę dziennie. Potem zostawiałam go na godzinę samego. Gdy po niego wracałam witał mnie płaczem. Nie muszę pisać co czułam...
  • 03.08 - 7.08 - zaczęłam go zostawiać na trzy godziny. Nie płakał już gdy po niego przychodziłam, tylko gdy go zostawiałam.
  • 10.08 - 14.08 - zaczął zostawać na sześć godzin. Gdy miałam go pierwszy raz zostawić na tak długo (już z jedzeniem i spaniem), byłam tak zestresowana, że nie mogłam na niczym się skoncentrować ani nic przełknąć. Stresowałam się chyba gorzej niż przed porodem. Tymczasem okazało się, że synek powitał mnie bez płaczu, zadowolony, a "ciocie" nie mogły się go nachwalić. Ponoć cały czas się bawił i ku ich zdziwieniu zasnął sam, co nowicjuszom się raczej nie zdarza. Kolejne dni wyglądały podobnie. Tylko rano gdy znikałam mu z oczu słyszałam jak chwilkę popłakuje. Niestety okazało się, że menu Ufolinkowi nie przypasowało i praktycznie nie zjadał obiadów. Widocznie są dla niego jeszcze zbyt dorosłe. Postanowiłam na jakiś czas odpuścić i zanosić mu własnoręcznie przygotowane posiłki. Przynajmniej wiem co je.
  • 17.08 - 21.08 - zaczął zostawać na siedem godzin. 18.08 po raz pierwszy nie rozpłakał się gdy go zostawiałam i tak już zostało :)
  • 24.08-26.08 - miał stan podgorączkowy po szczepieniu (więcej na ten temat tutaj) i nie chodził do Klubiku.
  • 27.08 - poszedł pierwszy raz na dziewięć godzin. Wszystko było ok :)

Nadal chodzi na dziewięć godzin dziennie. Odbieram go uśmiechniętego, zadowolonego i rozgadanego :) Swoją drogą to barbarzyństwo, że trzeba na tak długo zostawiać własne dziecko. To niesprawiedliwe, że teraz mam dla niego tylko trzy godziny dziennie plus weekendy :( Na szczęście jestem już spokojna, bo wiem że w Klubiku całkiem dobrze się bawi i nie jest nieszczęśliwy. Jestem z niego dumna, bo zaadaptował się naprawdę błyskawicznie. Zuch chłopak :)


piątek, 24 lipca 2015

WYJAZD W GÓRY Z MAŁYM DZIECKIEM - UFOLINEK NA TATRZAŃSKICH SZLAKACH :)


Witajcie po dłuższej przerwie :)

Wróciliśmy! Cali i zdrowi, zadowoleni i pełni wrażeń :)

Pogoda dopisała, a Ufolinek okazał się wyśmienitym turystą :)

Moje wcześniejsze obawy teraz wydają mi się śmieszne. Synek zaaklimatyzowal się od razu, zasypiał bez problemu o tych samych porach co zwykle, nie marudził podczas długich spacerów w wózku, polubił nosidło, a podróż zniósł bardzo dobrze.

Ale po kolei:


DZIEŃ PIERWSZY 
Jakoś się zapakowaliśmy. Choć nie było łatwo :) O tym co znalazło się w torbie Ufolinka napisałam tutaj. Mimo, że pokój mieliśmy zarezerwowany od godziny 14-tej, postanowiliśmy wyjechać dopiero o 20-tej, tak aby Ufolinek przespał większość drogi. Do Zakopanego mamy dokładnie 580 km, także czekała nas 7-8 godzinna podróż. Wydaje mi się, że podjęliśmy dobrą decyzję. Synek zasnął po 30 minutach na jakąś godzinę. Potem przez kolejne dwie wpatrywał się w ciemność... A gdy zaczął marudzić zrobiliśmy około 20 minutowy postój. Rozprostowaliśmy kości, napiliśmy się kawy i ruszyliśmy dalej. Mały po chwili zasnął na kolejne dwie godziny. Potem znowu siedział cichutko przez jakąś godzinkę i krótko przed metą zasnął ponownie. Na miejsce dotarliśmy o 2:30. Gdy weszliśmy do pokoju Ufolinek usiadł na łóżku, rozejrzał się dookoła i zaczął się cieszyć :) Postanowiłam zrobić mu trochę mleczka żeby szybciej usnął i dłużej pospał. To było dobre posunięcie. Zasnął w ciągu 5 minut i spał do 10-tej, dzięki czemu wszyscy się wyspaliśmy :)

DZIEŃ DRUGI
Synek obudził się w znakomitym nastroju. Pogoda była piękna. Słońce i jakieś 24 stopni. Postanowiliśmy to wykorzystać i wyruszyliśmy około 12-tej do Doliny Kościeliskiej. Najpierw jechaliśmy około 15 minut busem. Potem szliśmy 1,5 godziny spacerkiem z Ufolinkiem w wózku. Chociaż cieszę się, że to nie ja go musiałam pchać, bo pod koniec było trochę ciężko... Synek praktycznie całą drogę smacznie spał. Gdy doszliśmy do schroniska rozsiedliśmy się bezpośrednio na trawce. Tata Ufolinka sączył piwo, ja koktajl jagodowy, a Mały dostał słoiczkowy obiadek podgrzany w kubku z wrzątkiem. Potem radośnie biegał po trawie, wyszukując co chwilę nowe kamyki i patyki :D Posiedzieliśmy tam jakąś godzinkę. Porozmawialiśmy z innymi turystami, powygrzewaliśmy się na słoneczku i ruszyliśmy z powrotem. Zrobiliśmy ponad 12 kilometrów. Około 17-tej byliśmy w pokoju. Odświeżyliśmy się i poszliśmy do jednej z naszych ulubionych knajp w Zakopanem, do Adamo, jakieś 10 minut piechotą od naszego pensjonatu. Gdy zjedliśmy było już na tyle późno, że wróciliśmy do pokoju. Ufolinek został wykąpany i o 20 już spał. Zasnął bez żadnego problemu, mimo że miał nas w zasięgu wzroku. My padliśmy chwilę po nim :)


DZIEŃ TRZECI

Pogoda się trochę popsuła, niebo się zachmurzyło, temperatura spadła do 20 stopni. Postanowiliśmy zrobić sobie dzień leniucha i poszwędać się po Zakopanem. O 10-tej poszliśmy na Krupówki oddalone od naszego miejsca zamieszkania o 300 metrów. Ufolinkowi bardzo spodobały się konie, które można spotkać tam na każdym kroku. Na czas jego drzemki, czyli na 13-tą wróciliśmy do pokoju. Zasnął bez problemu i spał ponad godzinę. Potem się trochę pobawił. Około 15:30 poszliśmy do kolejnej naszej ulubionej knajpy na obiad. Tym razem odwiedziliśmy Kolibeckę, znajdującą się nieopodal skoczni (ponad trzy kilometry od naszego pokoju). Ufolinek zjadł swój słoiczkowy obiad, jego tata ogromnego szaszłyka, a ja talerz smakowitych oscypków z żurawiną. W drodze powrotnej kupiliśmy owoce i zjedliśmy lody. W pokoju byliśmy około 19-tej. Godzinę później Mały już spał.

DZIEŃ CZWARTY
Wyszliśmy już przed 10-tą. Wsiedliśmy w busa, który zawiózł nas do Doliny Chochołowskiej. Po dwóch godzinach marszu doszliśmy do schroniska (synek po drodze zaliczył drzemkę). Tam zjedliśmy po zupce, a Ufolinek wsunął serek homogenizowany. Słoneczka nie było, więc trochę odpoczęliśmy i ruszyliśmy w drogę powrotną. Ufolinek zobaczył na własne oczy owce i krowy. Te ostatnie zrobiły na nim duże wrażenie :) Około 15-tej byliśmy w pokoju. Zrobiliśmy ponad 15 kilometrów. A po odświeżeniu się dołożyliśmy kolejne 6. Tym razem wybraliśmy się na obiad do nieznanej nam, ale polecanej restauracji Mała Szwajcaria. Zapłaciliśmy dużo, a szału nie było. Ufolinek standardowo dostał słoiczek i coś tam poskubał od nas. O 19-tej byliśmy w pokoju, a o 20-tej już w łóżkach :)

DZIEŃ PIĄTY
O 10-tej wsiedliśmy do busa, który wiózł nas około 40 minut do Palenicy Białczańskiej, czyli miejsca z którego wyrusza się w 9-kilometrową wędrówkę nad Morskie Oko. Cała trasa jest wyasfaltowana, także można dojść do celu nawet z dzieckiem w spacerówce na piankowych kołach. Trzeba jednak pamiętać, że wcale łatwo nie jest, bo droga prowadzi wciąż pod górę... I o ile samej idzie się całkiem dobrze, to już pchając wózek z 10-kilowym dzieckiem, nie jest już tak łatwo. Jak dobrze, że ta rola przypadła tacie Ufolinka. Niestety po drodze zaczęło padać i trzeba było założyć folię przeciwdeszczową na wózek, co spotkało się z niezadowoleniem pasażera... Po raz pierwszy na wyjeździe Ufolinek urządził scenę. Krótki postój i przytulenie załatwiło sprawę. Uspokoił się i zasnął na jakieś 1,5 godziny. Gdy się obudził jego oczom ukazał się malowniczy widok. Niestety trawa była mokra i nasz maluch nie mógł sobie pobiegać. Natomisast zagęszczenie ludzi na metr kwadratowy spowodowało, że nie zabawiliśmy tam długo. Posililiśmy się w schronisku, porobiliśmy zdjęcia, nacieszyliśmy oczy wspaniałym widokiem i ruszyliśmy w drogę powrotną, na szczęście już z górki i bez deszczowych atrakcji. Kolejne 18 kilometrów w nogach. Byliśmy dość zmęczeni, dlatego postanowiliśmy nie wracać do pokoju, tylko wysiąść z busa w centrum i pójść na obiad z marszu. Zjedliśmy w kolejnej naszej ulubionej restauracji Trattoria Adamo. Stamtąd udaliśmy się już bezpośrednio do "domu". O 20-tej padliśmy jak muchy :)



DZIEŃ SZÓSTY
Po trzech dniach dość pochmurnej pogody, wyjrzało słońce, a temperatura wzrosła do 25 stopni. Przyszedł więc czas na atak - atak na Kasprowy! Ufolinek został zainstalowany w nosidle u taty na plecach, przez co plecak z 4 litrami wody, jedzeniem, kurtkami, ubraniami Ufolinka, pieluchami, chusteczkami, kremem do pupy, kremem z filtrem itd wylądował na moich biednych barkach... Dojechaliśmy busem do Kuźnic i stamtąd malowniczą Doliną Jaworzynki doszliśmy w około dwie godziny do mojej ukochanej Doliny Gąsienicowej. Tam w otoczeniu wierzchołków Orlej Perci zrobiliśmy dłuższy postój. Zgodnie z moją osobistą, długoletnią tradycją zamówiłam w schronisku naleśniki z serem. Niebo w gębie :) Ufolinek dostał jogurcik, poskubał trochę naszej chałki i cały szczęśliwy zajął się szukaniem kamyków w trawie. Zaliczył też pierwsze przewijanko na łonie natury, w krzakach na trawce :) Uraczeni pięknymi widokami i doładowani węglowodanami ruszyliśmy szlakiem na Kasprowy Wierch. Szłam tamtędy chyba już trzeci raz, ale tym razem było mi dość ciężko. Mój brak entuzjazmu dla jakichkolwiek form sportu dał o sobie znać. Kondycję mam marną. Za to tata Ufolinka z 10-kilogramowym balastem na plecach zawstydziłby niejednego młodzieniaszka. No ale on biega, jeździ na rowerze. Nie to co ja... Poza tym wigoru dodawały mu pewnie turystki zauroczone widokiem naszego skrzata tak wysoko w górach, które co chwilę na jego widok
wydawały okrzyki zachwytu :) Mały całą drogę przespał, grzejąc tatę niczym szal w szyję :D Gdy już dotarliśmy do góry, musieliśmy trochę przyodziać Ufolinka, bo różnica temperatur była dość spora. Ze względu na synka postanowiliśmy nie schodzić, tylko zjechać kolejką. Całą wyprawę Ufolinek zniósł świetnie. Wydaje mi się, że lepiej mu było w nosidle niż w wózku. Gdy już byliśmy na dole, postanowiliśmy pójść na obiad podobnie jak dzień wcześniej od razu. W nagrodę za wysiłek uraczyliśmy się w Trattoria Adamo najdroższym obiadem podczas całego wyjazdu. A co! Zasłużyliśmy :) Gdy dotarliśmy do pokoju, pozostało tylko się umyć i odpłynąć w krainę snów :)

DZIEŃ SIÓDMY
Postanowiliśmy zrobić sobie kolejny dzień leniucha :) O 10-tej poszliśmy pospacerować po Równi Krupowej. To park położony w samym centrum Zakopanego. Rozpościerają się z niego piękne widoki na Tatry i pasmo Gubałówki. Ufolinek puszczony na trawę był w siódmym niebie. Potem posiedzieliśmy w Wytwórni Lodów Naturalnych, delektując się dziwnymi smakami lodów :) Na drzemkę synka wróciliśmy do pokoju. Około 15-tej wybraliśmy się na obiad do kolejnej naszej ulubionej knajpy Marzanny, oddalonej od naszego pokoju o 4,5 kilometra. Na miejscu zjadłam najlepszą w Zakopanem kwaśnicę oraz najlepsze jakie jadłam w życiu ruskie pierogi. Warto było iść prawie godzinę :) Ufolinek standardowo wsunął zawartość słoiczka. W drodze powrotnej znowu poszliśmy na Równię Krupową. Tym razem na ogromny plac zabaw z przeogromną piaskownicą. Ufolinek wytarzał się w piachu za wszystkie czasy. Niestety zabawa zakończyła się przykrym incydentem, a mianowicie wypadnięciem synka na twarz z piaskownicy :( Rodzice, gapy nie dopilnowali jedynaka :( Skończyło się na lekkim zadrapaniu nosa i kilku łzach. Ale ogólnie dzień był naprawdę udany :) Ufolinek zasnął chyba w minutę :D














DZIEŃ ÓSMY
O 10-tej ruszyliśmy na kolejną wyprawę z Ufolinkiem w nosidle. Termometr wskazywał 27 stopni. Dojechaliśmy busem do Kuźnic, a stamtąd ruszyliśmy w kierunku Polany Kalatówki. Następnie odbiliśmy na szlak nad reglami aby dojść na Sarnią Skałę. Przed samym podejściem, zatrzymaliśmy się aby coś zjeść i przewinąć Ufolinka. Po około dwóch godzinach znaleźliśmy się na wierzchołku Sarniej Skały, z której rozpościera się jedyny w swoim rodzaju widok na Giewont. Następnie zeszliśmy do Doliny Strążyńskiej. Tam zrobiliśmy kolejny dłuższy postój żeby synek pobiegał po trawce. Posiedzielibyśmy pewnie dłużej, ale w oddali słychać było złowrogie pomrukiwanie zbliżającej się burzy. Gdy znaleźliśmy się już na ulicy Zakopanego dopadła nas taka ulewa, że do pokoju dotarliśmy przemoczeni do suchej nitki i to w dosłownym tego słowa znaczeniu. Z butów wylewała się woda, a bieliznę można było wyżymać. Pewnie jesteście ciekawi co z Ufolinkiem. Poza tym że trochę wystraszył się deszczu, nie zmoczyła go nawet kropelka, ponieważ mieliśmy ze sobą wielki parasol, który przezornie zabraliśmy właśnie w razie takiej sytuacji. Podczas całej wyprawy Mały spał tylko 20 minut, dlatego jak tylko weszliśmy do pokoju odłożyłam go do łóżeczka. Zasnął od razu i spał 1,5 godziny. A my razem z nim... Gdy się obudziliśmy była już 17-ta. Z racji tego, że mieliśmy już w nogach ponad 10 kilometrów poszliśmy na obiad do pobliskiego Adamo, gdzie wsunęliśmy jedną z najlepszych pizzy jaką jadłam. Potem poszliśmy jeszcze na spacer i do cukierni Samanta. Mają tam bardzo dobre, tanie ciasta, w tym kremówki wadowickie oraz przepyszną mrożoną kawę. Do pokoju wróciliśmy wyjątkowo po 20-tej, z racji późnej drzemki Ufolinka. Zasnął po 21.















DZIEŃ DZIEWIĄTY
Planowaliśmy kolejny dzień w górach, ale przemoczone buty pokrzyżowały nam plany. Może i dobrze, bo upał był straszny, ponad 30 stopni w cieniu. Zresztą wieczorem ruszaliśmy już do domu, więc dzień leniucha nawet był wskazany. Około 10-tej wybraliśmy się na spacerek po Krupówkach, na kawę mrożoną do Samanty i jeszcze raz na Równię Krupową. Niestety trawa była mokra po ulewie z dnia poprzedniego i Ufolinek nie mógł sobie pobiegać. Na drzemkę wróciliśmy do pokoju. Gdy Mały się wyspał poszliśmy po raz kolejny na obiad do Marzanny. Nie mogłam się powstrzymać i znowu zamówiłam między innymi ruskie pierogi :) Wracając wstąpiliśmy jeszcze do Wytwórni Lodów Naturalnych. W pewnym momencie Ufolinek zaczął płakać. Coraz mocniej i mocniej. Wkładał przy tym prawie całą rączkę do buzi. Ewidentnie zęby. Na szczęście zawsze noszę przy sobie Camillię. Po 5 minutach się uspokoił, ale i tak postanowiliśmy wracać już do pokoju. Spakowałam nas i o 20-tej z żalem ruszyliśmy w drogę powrotną. Mały zasnął od razu i obudził się dopiero po 5 godzinach, bo musieliśmy zatankować samochód. Gdyby nie to spałby pewnie do końca. A tak kolejne 2,5 godziny siedział cichutko w ciemności. Kochane dziecko :) Gdy weszliśmy do domu wydał okrzyk radości :) Potem dostał mleczko i zasnął w 5 minut. Obudził się o 10-tej. Tylko, że tym razem już nie szliśmy, ani w góry, ani do parku, ani na Krupówki...

I tak to wyglądało :) Za nami ponad 100 km marszu, masa pysznego jedzenia w brzuchach i moc wrażeń estetycznych :)

Jeśli ktoś dotarł do końca tej obszernej relacji, to wie że góry z roczniakiem to całkiem niezły pomysł i nie ma się czego obawiać. Zresztą dzieci w Zakopanem jest mnóstwo i to poczynając od dwu, czy trzymiesięcznych. Poza tym za dzieci praktycznie nigdzie się nie płaci. Przejazdy busami mają za darmo (o ile siedzą u rodziców na kolanach), wstęp do Tatrzańskiego Parku Narodowego jest darmowy do 7 roku życia, za kolejkę na Kasprowy nie płaci się za dzieci do lat 4, a w hotelach, pensjonatach czy kwaterach prywatnych nie pobierają opłat za dzieci do lat trzech. 

Mam nadzieję, że rozwiałam  wątpliwości rodziców, którzy wahali się przed podjęciem decyzji o wyjeździe w góry z małym dzieckiem :) Osobiście gorąco polecam. Jak ktoś kocha góry i lubi odpoczywać aktywnie, to dziecko naprawdę w niczym nie przeszkadza. No może tylko w wyjściu wieczorem z pokoju... Ale my po całym dniu chodzenia byliśmy tak padnięci, że marzyliśmy tylko o łóżku :) Więc to nie był problem.





poniedziałek, 6 lipca 2015

PIERWSZY ROK ŻYCIA UFOLINKA - PODSUMOWANIE













Zabrzmi to pewnie banalnie,  ale był to najszczęśliwszy rok w moim życiu.
I piszę to ja, osoba którą macierzyństwo zawsze przerażało i która swego czasu chciała świadomie z niego zrezygnować. I pomyśleć, że mogło mnie ominąć tyle cudownych chwil, wzruszeń i emocji. Że mogłam nigdy nie odkryć tych pokładów miłości, które we mnie drzemią...

Ufolinek zadał kłam wszystkim moim wcześniejszym obawom. Los dał mi synka, który od urodzenia jest spokojnym dzieckiem, nie stwarzającym żadnych problemów. Od początku sam zasypia, przesypia noce, wszystko je i praktycznie nie płacze, chyba że go coś boli. Rozwija się książkowo, nie choruje, potrafi zająć się sobą. Czego chcieć więcej? Naprawdę nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie kochane dziecko. No chyba, że to taki podstęp natury żeby zachęcić mnie do dalszej prokreacji...


Teraz trochę statystyki:

Umiejętności motoryczne:

  • pełzanie - siódmy miesiąc życia
  • siadanie - 3.02 (w dniu ukończenia siedmiu miesięcy) - więcej tutaj
  • raczkowanie - 19.02 (ósmy miesiąc życia) - więcej tutaj 
  • stanie - 23.02 (ósmy miesiąc życia) - więcej tutaj
  • chodzenie przy meblach - 28.02 (ósmy miesiąc życia) - więcej tutaj
  • samodzielne chodzenie - 21.06 (dwunasty miesiąc życia) - więcej tutaj

Mowa:

"tata", "nie", okazyjnie "mama"...


Ząbki:

  • 30 listopada - dolna lewa jedynka - prawie 5 miesięcy
  • 5 grudnia - dolna prawa jedynka - 5 miesięcy
  • 5 kwietnia - górna lewa jedynka - 9 miesięcy
  • 10 kwietnia - górna prawa jedynka - 9 miesięcy
  • 16 kwietnia - górna lewa dwójka - 9 miesięcy
  • 16 kwietnia - górna prawa dwójka - 9 miesięcy
  • 21 kwietnia - dolna lewa dwójka - 9 miesięcy
  • 21 kwietnia - dolna prawa dwójka - 9 miesięcy
  • 18 czerwca - dolna prawa czwórka - 11 miesięcy
  • 24 czerwca - dolna lewa czwórka - 11 miesięcy

Dolegliwości:


Choroby:

Odpukać, póki co omijają Ufolinka szerokim łukiem. Raz złapał rotawirusa, ale na szczęście skończyło się na jednodniowej biegunce i wymiotach. Więcej na ten temat tutaj.



Poniżej opis poszczególnych miesięcy:



wtorek, 23 czerwca 2015

ROLA OJCA W ŻYCIU DZIECKA - TATA UFOLINKA


Rola taty w opiece i wychowaniu malucha jest niezaprzeczalnie znacząca. Dlatego cieszy mnie, że coraz częściej widujemy mężczyzn spacerujących z wózkiem czy robiących zakupy z dzieckiem w nosidełku. Nikogo już nie dziwi, że mężczyzna bierze czynny udział w opiece nad maluszkiem od dnia jego narodzin. Zmienia pieluszki, karmi butelką, wstaje do niego w nocy i przytula. Obecnie kąpiel noworodka, później niemowlaka staje się domeną taty, który świetnie sobie z tym radzi. Współczesny tata pęka z dumy, że jest ojcem i nie ma żadnych problemów z tym, by przejąć obowiązki dawniej określane jako kobiece.
Ojcowie pragną mieć aktywny udział w wychowaniu malucha, chcą widzieć jak dziecko rośnie, rozwija się i dojrzewa. Mężczyzna staje się tatą już na etapie brzuszkowym. Chodzi na USG by zobaczyć maluszka, dba o ciężarną partnerkę, rozmawia z brzuchem, a na koniec uczestniczy przy porodzie.


Jakim tatą jest tata Ufolinka? :)

  • jest tatą, który bardzo go chciał i nie mógł się go doczekać.
  • jest tatą, który zdenerwowany stał za szybą sali operacyjnej i roztrzęsiony patrzył jak wyjmują naszego chłopczyka.
  • jest tatą, który wziął go na ręce zaraz po urodzeniu i zaniósł do sali, gdzie był mierzony, ważony itp.
  • jest tatą, który zaraz po urodzeniu synka poszedł na urlop ojcowski, aby spędzić z nami te dwa pierwsze tygodnie życia Ufolinka.
  • jest tatą, który potrafi zrobić w domu wszystko: ugotować pyszny obiad, naprawić zepsutą rzecz, umyć okna, wykafelkować balkon, pomalować ściany itp.
  • jest tatą, który od początku opiekował się synkiem, karmił go, przewijał, kąpał, tulił.
  • jest tatą, który uwielbia synka i jest z niego dumny.
  • jest tatą, który się z nim wygłupia, chodzi na spacery i uczy nowych rzeczy.
  • jest tatą, za którym Ufolinek tęskni. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że kilka razy dziennie pyta o tatę albo siada przed jego zdjęciem, uśmiecha się do niego i mówi "tata" :)
  • jest tatą, który przed snem zawsze zagląda do pokoju synka aby popatrzeć na niego jak śpi.

I choć tata Ufolinka jest typowym mężczyzną i miłość do synka nie pojawiła się od razu, tylko rodziła się stopniowo, to wiem że lepszego taty nie mógł sobie Ufolinek wymarzyć :)

Poniżej sześciodniowy Ufolinek z tatą :)























piątek, 19 czerwca 2015

URODZENIE DZIECKA A WIĘKSZA SKŁONNOŚĆ DO WZRUSZEŃ






















Od kiedy na świat przyszedł Ufolinek stałam się bardziej skłonna do wzruszeń. O ile na początku można to było zrzucić na szalejące hormony, to teraz nie mam pojęcia dlaczego tak jest. 
Wzruszam się często, nierzadko z błahego powodu.

Oto przykłady:
  • 10 minut po tym jak wróciliśmy z Ufolinkiem do domu ze szpitala wybuchnęłam płaczem. Nie wiem czy to wina hormonów czy po prostu spóźniona reakcja na stres. A może świadomość nieodwracalności tego co się stało, ciężar odpowiedzialności i uświadomienie sobie że już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Pewnie wszystko po trochu. 
  • Gdy tata Ufolinka wrócił po dwutygodniowym urlopie ojcowskim do pracy Małemu akurat zaczęły się kolki. Przez kilka dni nie mogłam go odłożyć nawet na chwilę, bo tylko w moich ramionach się uspokajał. Nie mogłam nic zjeść, umyć się, pójść do toalety. Codziennie rano żegnałam tatę Ufolinka ze łzami w oczach. Był przerażony. Chciało mi się płakać z bezsilności i poczucia ubezwłasnowolnienia. Na szczęście nie trwało to długo.
  • Płaczę, gdy Ufolinek płacze z bólu. Nie mogę znieść myśli, że cierpi. Czuję namacalny ból gdzieś koło serca. 
  • Nie mogę też słuchać o krzywdzie innego dziecka (szczególnie niemowlaka), ani tym bardziej na nią patrzeć. Co ciekawe tata Ufolinka też tak ma.
  • Na samą myśl, że synkowi mogłoby się coś stać paraliżuje mnie lęk,  a łzy napływają do oczu.
  • Podobnie dzieje się,  gdy myślę o swojej śmierci w odniesieniu do tego,  że Ufolinek zostałby bez mamy :(
  • Chce mi się płakać na samą myśl, że już w sierpniu muszę wrócić do pracy,  a mój chłopaczek wyląduje w Klubie Malucha wśród obcych ludzi. Gdy tylko o tym pomyślę mam kluchę w gardle...
  • Wzruszam się na filmach, nawet reklamach gdy rodzi się dziecko...
  • Oczywiście wzruszyłam się na pierwsze świadome "mama" :)
  • Czasami wystarczy, że na niego patrzę jak śpi albo się bawi, a oczy same mi się pocą ;)

Czy Wy też tak macie???


środa, 17 czerwca 2015

KOREKTOR POD OCZY - PRZYJACIEL KAŻDEJ NIEWYSPANEJ MAMY


Dzisiejszy wpis będzie nietypowy. Otóż chcę napisać o kosmetyku. Tym razem nie o takim przeznaczonym dla dzieci, ale dla nas - kobiet. Mowa o korektorze pod oczy. Od kiedy zostałam mamą dostrzegam jego zbawienny wpływ na nasz wygląd. Wiadomo, młoda mama niewyspaną jest :) W mniejszym lub większy stopniu, ale zawsze cierpi na niedobór snu. Niestety wiąże się to zwykle z gigantycznymi cieniami pod oczami. I właśnie tutaj z pomocą przychodzi korektor pod oczy. Przez wiele lat byłam zakochana w korektorze YSL Toche Eclat. Do czasu gdy nie odkryłam korektora Heleny Rubinstain Magic Concealer. I właśnie o nim chciałam dzisiaj napisać parę słów.




  • korektor jest zamknięty w estetycznej, higienicznej tubce 
  • pojemność tubki jest większa niż w przypadku innych korektorów, bo ma aż 15 ml
  • jest szalenie wydajny, wystarcza na około 1,5 roku codziennego stosowania !!
  • dostępny w trzech odcieniach (ja używam najjaśniejszego)
  • konsystencja nie jest ani za gęsta ani za rzadka
  • aplikacja jest prosta, łatwo się rozprowadza (ja nakładam palcem)
  • jest bardzo trwały, nie wymaga poprawek w ciągu dnia
  • nie wysusza, co często bywa wadą innych korektorów
  • zawiera kojący ekstrakt z rumianku
  • bardzo dobrze maskuje cienie po oczami, dzięki czemu usuwa oznaki zmęczenia
  • dzięki delikatnym, niewidocznym perłowym drobinkom cudownie rozświetla spojrzenie
  • twarz wydaje się świeża i wypoczęta
  • jedyną jego wadą jest wysoka cena (ja kupuję na Allegro po około 140 zł), ale biorąc pod uwagę, że wystarcza na 1, 5 roku to wydaje mi się, że warto.

W pierwszych miesiącach życia Ufolinka dzięki temu kosmetykowi przypominałam ludzia :) Naprawdę z czystym sumieniem polecam :)


wtorek, 26 maja 2015

DZIEŃ MATKI


"Kiedy decydujesz się na dziecko,
zgadzasz się, że od tej chwili
twoje serce będzie przebywało poza twoim ciałem." Katharine Hadley 


"Czasami, gdy się bierze w ramiona swoje dziecko, można wyczuć pod palcami układ własnych kości lub wciągnąć w nozdrza zapach własnej skóry, dobywający się z zagłębienie dziecięcej szyi. To właśnie jest najbardziej zdumiewające w macierzyństwie – odnalezienie kawałka siebie, który jest całkowicie odłączony od naszego ciała, a mimo to absolutnie niezbędny nam do życia." Jodi Picoult


Wszystkim obecnym i przyszłym mamom życzę spełnienia w macierzyństwie :)


Za chwilę pakuję Ufolinka do samochodu i jedziemy do mojej mamy. W sekrecie Wam powiem, że dzisiaj mam jeszcze inny, bardzo ważny powód do świętowania. Rocznicę ślubu :) 

Miłego dnia !!!


piątek, 22 maja 2015

CZY NIE JEST MU ZA ZIMNO? A MOŻE ON JEST GŁODNY? - CZY WAS TEŻ WKURZAJĄ TE PYTANIA?


Od kiedy jestem mamą mam alergię na niektóre pytania. Niestety padają nagminnie z ust rozmaitych osób, najczęściej babć... Dwa z nich denerwują mnie najbardziej:


Pytanie numer 1: "a może on jest głodny?" - padało głównie:

  • w pierwszych miesiącach życia Ufolinka. Każdy grymas na twarzy dziecka, marudzenie czy płacz prowokowało do zdania właśnie tego pytania. I nie ważne, że dziecko jadło pół godziny temu, nie ważne że dopiero co ulało pokarm. Nie ważne, że przebywam z nim 24 godziny na dobę i to ja najlepiej orientuję się w jego potrzebach. Mam wrażenie, że niektórzy wychodzą z założenia, że każdy płacz dziecka oznacza głód. Ciekawe dlaczego nikt nie pomyśli, że może płacze z powodu przejedzenia. Osoby ze starszego pokolenia myślą, że szczęśliwe dziecko, to takie które ciągle coś memla w buzi. Bo przecież dziecko musi jeść! Oczywiście, że musi, ale w granicach rozsądku, zgodnie z obowiązującym schematem żywienia niemowląt, nie częściej niż co około 3 godziny, bez podjadania między posiłkami, bez zapychania się słodyczami. 
  • od jakiegoś czasu jedna z babć nie może przeżyć jak my jemy, a Mały nie. I co z tego, że dopiero co zjadł obiad i wcale się nie upomina o jedzenie albo co gorsze będzie go jadł za pół godziny i jeśli teraz dostanie bananka, to nie starczy miejsca w brzuszku na obiad. Swoją drogą zadziwiają mnie osoby, które dają dziecku między posiłkami rozmaite przekąski, a potem się dziwią, że dziecko nie chce zjeść obiadu.


pytanie numer 2: "a może mu zimno?" pada zawsze gdy:

  • Ufolinek ma zimne rączki, nie daj boże stopy! - można w kółko tłumaczyć, że dłonie i stopy nie są wyznacznikiem tego czy dziecku jest ciepło czy zimno, że sprawdza się karczek, że dziecko ma jeszcze niedojrzały układ krążenia i dlatego ma zawsze zimne rączki. 
  • gdy dziecko jest ubrane na spacerze tak jak my - bo przecież powinno mieć na sobie 10 warstw więcej i leżeć pod polarowym kocem... Tymczasem dziecko powinno się ubierać tak jak już o tym wcześniej wspominałam tutaj.

Pewnie każda mama spotyka się z tymi pytaniami. Dlatego przyszłym mamom radzę się na nie przygotować i już teraz uzbroić w cierpliwość, której mi niestety brakuje...


środa, 25 marca 2015

MATKA - TEŻ KOBIETA


Co zrobić aby w świecie kupek, zupek, ulewania, ząbkowania, kolek, nieprzespanych nocy i wszechobecnej śliny nadal czuć się kobietą?
Najpierw musimy zadać sobie pytanie czy nam się chce. Odpowiedź pewnie brzmi - nie... Bo jesteśmy niewyspane, nie mamy siły, bo w sumie po co, dla kogo, dla dziecka?
A może warto znaleźć siły i zrobić to dla siebie. Żeby się lepiej poczuć, żeby do końca nie zgnuśnieć, nie zapomnieć, że jesteśmy nie tylko matką, ale też kobietą, żoną, partnerką.

Zanim pojawił się Ufolinek zwracałam na ulicy uwagę na zadbane kobiety z wózkami. Na niektóre aż miło było popatrzeć. Niestety to mniejszość. Częściej widuję te w dresach, z nieświeżymi włosami. 
Sama należę do osób, które lubią o siebie dbać. Tak zostałam wychowana. Moja mama pomimo sześćdziesiątki na karku nadal codziennie wykonuje makijaż i układa włosy. Nawet jak nie wychodzi z domu. Mam to chyba po niej. Pewnie niektórzy uważają, że przesadzam. Twierdzą, że skoro siedzę w domu z dzieckiem to nie ma sensu się wysilać. Tymczasem ja nawet po dwóch godzinach snu myję włosy i robię delikatny makijaż. Po prostu czuję się wtedy o niebo lepiej. O walorach estetycznych nie wspominając. Wolę widzieć w lustrze twarz w miarę wypoczętą (nawet jeśli to wyłącznie zasługa kosmetyków), niż zombi z podkrążonymi na pół twarzy oczami. Myślę, że mój mąż też woli oglądać taką twarz. A ja nie zamierzam fundować mu przez rok zaniedbanej żony, tylko dlatego że nie chodzę do pracy. W końcu to dla siebie i niego chcę dobrze wyglądać. W końcu on jest ważniejszy niż ludzie z pracy i to na jego zachwycie mi zależy. 

Dlatego dzień w dzień po tym jak obrobię Ufolinka i  zrobię sobie kawę i śniadanie, zabieram się za siebie. Ufolinek ląduje wśród zabawek, a ja doprowadzam się do porządku. Biorę prysznic, potem kilka razy ochlapuję twarz lodowatą wodą, wsmarowuję krem do twarzy oraz pod oczy i zabieram się za makijaż. Mam swoje ulubione kosmetyki, które stosuję od lat. Większość nie jest tania, ale wolę wydać ponad sto złotych i używać z satysfakcją kosmetyku wiele miesięcy, aniżeli kupić coś taniego, ale mnie wydajnego. I tak w mojej kosmetyczce można znaleźć: podkład Estee Lauder Double Wear 02 (wystarcza na pół roku), puder w kulkach Guerlain Meteorites (chyba nigdy się nie skończą - mam już dwa lata), korektor pod oczy Heleny Rubinstain Magic Concealer 01 (mam już ponad rok), puder brązujący Guerlain Terracotta (mam prawie dwa lata), baza pod cienie Lumene (mam prawie rok), cielisty cień do powiek Inglot (mam prawie rok), eyeliner Sephora (wystarcza na ok pół roku), czarna kredka do oczu Gosh (wystarcza na około pół roku), tusz do rzęs Oriflame Wonder Lash (wystarcza na ponad miesiąc, ale jest bardzo tani - na Allegro jakieś 15zł).




Tak upiększona mogę w lepszym nastroju stawić czoło kolejnemu dniu i wyjść na spacer nie strasząc sąsiadów i pań na targowisku :)

Raz w tygodniu znajduję czas by zrobić sobie maskę na włosy (więcej tutaj) oraz maskę algową na twarz (może wkrótce napiszę o niej posta). Mam wtedy poczucie, że robię coś dla siebie. Jakoś lepiej mi ze świadomością, że mimo wszystko o siebie dbam.

Gorzej sprawa ma się z ubieraniem. W mojej szafie królują sukienki i szpilki. Rzecz jasna na razie poszły w odstawkę. Na spacerach prym wiodą czarne rurki, wygodne botki na płaskiej podeszwie, gruby sweter, ciepła kurtka, czapka, szalik i rękawiczki. A w domu jakieś domowe ciuchy, którym nie straszne hektolitry śliny, mleczne mini żygi czy smarki Ufolinka zapłakanego z powodu ząbkowania.
Ale dla dodania sobie animuszu spryskam się od czasu do czasu moim ukochanym mademoiselle. 

Poczucie naszej kobiecości w dużej mierze zależy od mężczyzn. Dlatego ważne jest by nasz partner postrzegał nas głównie jako kobietę,  a nie matkę jego dziecka. Myślę,  że warto dołożyć starań by tak właśnie było. 

Nie zapominajmy o sobie i o tym,  że w tym kołowrocie macierzyństwa nadal jesteśmy kobietami. 

Tak to czytam i widzę,  że trochę popłynęłam. Wyszedł z tego posta jakiś manifest i hołd dla kobiecości :)
Nie do końca tak to miało być,  ale co tam. Klikam opublikuj :)