Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą macierzyństwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 lipca 2015

PIERWSZY ROK ŻYCIA UFOLINKA - PODSUMOWANIE













Zabrzmi to pewnie banalnie,  ale był to najszczęśliwszy rok w moim życiu.
I piszę to ja, osoba którą macierzyństwo zawsze przerażało i która swego czasu chciała świadomie z niego zrezygnować. I pomyśleć, że mogło mnie ominąć tyle cudownych chwil, wzruszeń i emocji. Że mogłam nigdy nie odkryć tych pokładów miłości, które we mnie drzemią...

Ufolinek zadał kłam wszystkim moim wcześniejszym obawom. Los dał mi synka, który od urodzenia jest spokojnym dzieckiem, nie stwarzającym żadnych problemów. Od początku sam zasypia, przesypia noce, wszystko je i praktycznie nie płacze, chyba że go coś boli. Rozwija się książkowo, nie choruje, potrafi zająć się sobą. Czego chcieć więcej? Naprawdę nie wiem czym sobie zasłużyłam na takie kochane dziecko. No chyba, że to taki podstęp natury żeby zachęcić mnie do dalszej prokreacji...


Teraz trochę statystyki:

Umiejętności motoryczne:

  • pełzanie - siódmy miesiąc życia
  • siadanie - 3.02 (w dniu ukończenia siedmiu miesięcy) - więcej tutaj
  • raczkowanie - 19.02 (ósmy miesiąc życia) - więcej tutaj 
  • stanie - 23.02 (ósmy miesiąc życia) - więcej tutaj
  • chodzenie przy meblach - 28.02 (ósmy miesiąc życia) - więcej tutaj
  • samodzielne chodzenie - 21.06 (dwunasty miesiąc życia) - więcej tutaj

Mowa:

"tata", "nie", okazyjnie "mama"...


Ząbki:

  • 30 listopada - dolna lewa jedynka - prawie 5 miesięcy
  • 5 grudnia - dolna prawa jedynka - 5 miesięcy
  • 5 kwietnia - górna lewa jedynka - 9 miesięcy
  • 10 kwietnia - górna prawa jedynka - 9 miesięcy
  • 16 kwietnia - górna lewa dwójka - 9 miesięcy
  • 16 kwietnia - górna prawa dwójka - 9 miesięcy
  • 21 kwietnia - dolna lewa dwójka - 9 miesięcy
  • 21 kwietnia - dolna prawa dwójka - 9 miesięcy
  • 18 czerwca - dolna prawa czwórka - 11 miesięcy
  • 24 czerwca - dolna lewa czwórka - 11 miesięcy

Dolegliwości:


Choroby:

Odpukać, póki co omijają Ufolinka szerokim łukiem. Raz złapał rotawirusa, ale na szczęście skończyło się na jednodniowej biegunce i wymiotach. Więcej na ten temat tutaj.



Poniżej opis poszczególnych miesięcy:



piątek, 19 czerwca 2015

URODZENIE DZIECKA A WIĘKSZA SKŁONNOŚĆ DO WZRUSZEŃ






















Od kiedy na świat przyszedł Ufolinek stałam się bardziej skłonna do wzruszeń. O ile na początku można to było zrzucić na szalejące hormony, to teraz nie mam pojęcia dlaczego tak jest. 
Wzruszam się często, nierzadko z błahego powodu.

Oto przykłady:
  • 10 minut po tym jak wróciliśmy z Ufolinkiem do domu ze szpitala wybuchnęłam płaczem. Nie wiem czy to wina hormonów czy po prostu spóźniona reakcja na stres. A może świadomość nieodwracalności tego co się stało, ciężar odpowiedzialności i uświadomienie sobie że już nigdy nie będzie tak jak dawniej. Pewnie wszystko po trochu. 
  • Gdy tata Ufolinka wrócił po dwutygodniowym urlopie ojcowskim do pracy Małemu akurat zaczęły się kolki. Przez kilka dni nie mogłam go odłożyć nawet na chwilę, bo tylko w moich ramionach się uspokajał. Nie mogłam nic zjeść, umyć się, pójść do toalety. Codziennie rano żegnałam tatę Ufolinka ze łzami w oczach. Był przerażony. Chciało mi się płakać z bezsilności i poczucia ubezwłasnowolnienia. Na szczęście nie trwało to długo.
  • Płaczę, gdy Ufolinek płacze z bólu. Nie mogę znieść myśli, że cierpi. Czuję namacalny ból gdzieś koło serca. 
  • Nie mogę też słuchać o krzywdzie innego dziecka (szczególnie niemowlaka), ani tym bardziej na nią patrzeć. Co ciekawe tata Ufolinka też tak ma.
  • Na samą myśl, że synkowi mogłoby się coś stać paraliżuje mnie lęk,  a łzy napływają do oczu.
  • Podobnie dzieje się,  gdy myślę o swojej śmierci w odniesieniu do tego,  że Ufolinek zostałby bez mamy :(
  • Chce mi się płakać na samą myśl, że już w sierpniu muszę wrócić do pracy,  a mój chłopaczek wyląduje w Klubie Malucha wśród obcych ludzi. Gdy tylko o tym pomyślę mam kluchę w gardle...
  • Wzruszam się na filmach, nawet reklamach gdy rodzi się dziecko...
  • Oczywiście wzruszyłam się na pierwsze świadome "mama" :)
  • Czasami wystarczy, że na niego patrzę jak śpi albo się bawi, a oczy same mi się pocą ;)

Czy Wy też tak macie???


piątek, 22 maja 2015

CZY NIE JEST MU ZA ZIMNO? A MOŻE ON JEST GŁODNY? - CZY WAS TEŻ WKURZAJĄ TE PYTANIA?


Od kiedy jestem mamą mam alergię na niektóre pytania. Niestety padają nagminnie z ust rozmaitych osób, najczęściej babć... Dwa z nich denerwują mnie najbardziej:


Pytanie numer 1: "a może on jest głodny?" - padało głównie:

  • w pierwszych miesiącach życia Ufolinka. Każdy grymas na twarzy dziecka, marudzenie czy płacz prowokowało do zdania właśnie tego pytania. I nie ważne, że dziecko jadło pół godziny temu, nie ważne że dopiero co ulało pokarm. Nie ważne, że przebywam z nim 24 godziny na dobę i to ja najlepiej orientuję się w jego potrzebach. Mam wrażenie, że niektórzy wychodzą z założenia, że każdy płacz dziecka oznacza głód. Ciekawe dlaczego nikt nie pomyśli, że może płacze z powodu przejedzenia. Osoby ze starszego pokolenia myślą, że szczęśliwe dziecko, to takie które ciągle coś memla w buzi. Bo przecież dziecko musi jeść! Oczywiście, że musi, ale w granicach rozsądku, zgodnie z obowiązującym schematem żywienia niemowląt, nie częściej niż co około 3 godziny, bez podjadania między posiłkami, bez zapychania się słodyczami. 
  • od jakiegoś czasu jedna z babć nie może przeżyć jak my jemy, a Mały nie. I co z tego, że dopiero co zjadł obiad i wcale się nie upomina o jedzenie albo co gorsze będzie go jadł za pół godziny i jeśli teraz dostanie bananka, to nie starczy miejsca w brzuszku na obiad. Swoją drogą zadziwiają mnie osoby, które dają dziecku między posiłkami rozmaite przekąski, a potem się dziwią, że dziecko nie chce zjeść obiadu.


pytanie numer 2: "a może mu zimno?" pada zawsze gdy:

  • Ufolinek ma zimne rączki, nie daj boże stopy! - można w kółko tłumaczyć, że dłonie i stopy nie są wyznacznikiem tego czy dziecku jest ciepło czy zimno, że sprawdza się karczek, że dziecko ma jeszcze niedojrzały układ krążenia i dlatego ma zawsze zimne rączki. 
  • gdy dziecko jest ubrane na spacerze tak jak my - bo przecież powinno mieć na sobie 10 warstw więcej i leżeć pod polarowym kocem... Tymczasem dziecko powinno się ubierać tak jak już o tym wcześniej wspominałam tutaj.

Pewnie każda mama spotyka się z tymi pytaniami. Dlatego przyszłym mamom radzę się na nie przygotować i już teraz uzbroić w cierpliwość, której mi niestety brakuje...


środa, 25 marca 2015

MATKA - TEŻ KOBIETA


Co zrobić aby w świecie kupek, zupek, ulewania, ząbkowania, kolek, nieprzespanych nocy i wszechobecnej śliny nadal czuć się kobietą?
Najpierw musimy zadać sobie pytanie czy nam się chce. Odpowiedź pewnie brzmi - nie... Bo jesteśmy niewyspane, nie mamy siły, bo w sumie po co, dla kogo, dla dziecka?
A może warto znaleźć siły i zrobić to dla siebie. Żeby się lepiej poczuć, żeby do końca nie zgnuśnieć, nie zapomnieć, że jesteśmy nie tylko matką, ale też kobietą, żoną, partnerką.

Zanim pojawił się Ufolinek zwracałam na ulicy uwagę na zadbane kobiety z wózkami. Na niektóre aż miło było popatrzeć. Niestety to mniejszość. Częściej widuję te w dresach, z nieświeżymi włosami. 
Sama należę do osób, które lubią o siebie dbać. Tak zostałam wychowana. Moja mama pomimo sześćdziesiątki na karku nadal codziennie wykonuje makijaż i układa włosy. Nawet jak nie wychodzi z domu. Mam to chyba po niej. Pewnie niektórzy uważają, że przesadzam. Twierdzą, że skoro siedzę w domu z dzieckiem to nie ma sensu się wysilać. Tymczasem ja nawet po dwóch godzinach snu myję włosy i robię delikatny makijaż. Po prostu czuję się wtedy o niebo lepiej. O walorach estetycznych nie wspominając. Wolę widzieć w lustrze twarz w miarę wypoczętą (nawet jeśli to wyłącznie zasługa kosmetyków), niż zombi z podkrążonymi na pół twarzy oczami. Myślę, że mój mąż też woli oglądać taką twarz. A ja nie zamierzam fundować mu przez rok zaniedbanej żony, tylko dlatego że nie chodzę do pracy. W końcu to dla siebie i niego chcę dobrze wyglądać. W końcu on jest ważniejszy niż ludzie z pracy i to na jego zachwycie mi zależy. 

Dlatego dzień w dzień po tym jak obrobię Ufolinka i  zrobię sobie kawę i śniadanie, zabieram się za siebie. Ufolinek ląduje wśród zabawek, a ja doprowadzam się do porządku. Biorę prysznic, potem kilka razy ochlapuję twarz lodowatą wodą, wsmarowuję krem do twarzy oraz pod oczy i zabieram się za makijaż. Mam swoje ulubione kosmetyki, które stosuję od lat. Większość nie jest tania, ale wolę wydać ponad sto złotych i używać z satysfakcją kosmetyku wiele miesięcy, aniżeli kupić coś taniego, ale mnie wydajnego. I tak w mojej kosmetyczce można znaleźć: podkład Estee Lauder Double Wear 02 (wystarcza na pół roku), puder w kulkach Guerlain Meteorites (chyba nigdy się nie skończą - mam już dwa lata), korektor pod oczy Heleny Rubinstain Magic Concealer 01 (mam już ponad rok), puder brązujący Guerlain Terracotta (mam prawie dwa lata), baza pod cienie Lumene (mam prawie rok), cielisty cień do powiek Inglot (mam prawie rok), eyeliner Sephora (wystarcza na ok pół roku), czarna kredka do oczu Gosh (wystarcza na około pół roku), tusz do rzęs Oriflame Wonder Lash (wystarcza na ponad miesiąc, ale jest bardzo tani - na Allegro jakieś 15zł).




Tak upiększona mogę w lepszym nastroju stawić czoło kolejnemu dniu i wyjść na spacer nie strasząc sąsiadów i pań na targowisku :)

Raz w tygodniu znajduję czas by zrobić sobie maskę na włosy (więcej tutaj) oraz maskę algową na twarz (może wkrótce napiszę o niej posta). Mam wtedy poczucie, że robię coś dla siebie. Jakoś lepiej mi ze świadomością, że mimo wszystko o siebie dbam.

Gorzej sprawa ma się z ubieraniem. W mojej szafie królują sukienki i szpilki. Rzecz jasna na razie poszły w odstawkę. Na spacerach prym wiodą czarne rurki, wygodne botki na płaskiej podeszwie, gruby sweter, ciepła kurtka, czapka, szalik i rękawiczki. A w domu jakieś domowe ciuchy, którym nie straszne hektolitry śliny, mleczne mini żygi czy smarki Ufolinka zapłakanego z powodu ząbkowania.
Ale dla dodania sobie animuszu spryskam się od czasu do czasu moim ukochanym mademoiselle. 

Poczucie naszej kobiecości w dużej mierze zależy od mężczyzn. Dlatego ważne jest by nasz partner postrzegał nas głównie jako kobietę,  a nie matkę jego dziecka. Myślę,  że warto dołożyć starań by tak właśnie było. 

Nie zapominajmy o sobie i o tym,  że w tym kołowrocie macierzyństwa nadal jesteśmy kobietami. 

Tak to czytam i widzę,  że trochę popłynęłam. Wyszedł z tego posta jakiś manifest i hołd dla kobiecości :)
Nie do końca tak to miało być,  ale co tam. Klikam opublikuj :)


poniedziałek, 16 marca 2015

NAJLEPSZY DZIEŃ W ŻYCIU UFOLINKA - Z PERSPEKTYWY JEGO MAMY ;)


Ufolinek jest dzieckiem spokojnym, potrafiącym zająć się sobą i samodzielnie zasypiać. Jest taki od urodzenia i tylko bolesne ząbkowanie, bądź skok rozwojowy sprawiają, że czasami nie jest aż takim aniołkiem. To dziecko, które zachęca do dalszej prokreacji ;)

Ostatnio przeszedł sam siebie. W piątek był dzieckiem wyśnionym, wymarzonym, po prostu idealnym. Zwykle śpi od 20 do 8. Jednak tego dnia wyjątkowo obudził się o 7. Obudziło mnie jego stęknięcie. Postanowiłam poczekać i zobaczyć jak sytuacja się rozwinie. I... obudziłam się o 8:15. Nie wiem czy zasnął czy po prostu bawił się przywieszkami przy łóżeczku. W każdym razie jak się obudziłam usłyszałam jak do siebie gada :) Postanowiłam dać sobie jeszcze 15 minut gratis pod cieplutką kołdrą. Zawsze korci mnie żeby pobiec do jego pokoju i zobaczyć tą niewyobrażalną radość na jego twarzyczce na mój widok, ale wiem że gdyby mnie zobaczył to nie zostałby już w łóżeczku, a ja nie mogłabym się oddalić na pół metra. Dlatego zwykle zaglądam do niego po około 30-40 minutach, w trakcie których on ładnie się bawi, a ja ogarniam swoją osobę.
Gdy już zobaczyłam ten najpiękniejszy uśmiech świata, nakarmiłam go i przebrałam w dzienne ciuszki. Następnie posadziłam wśród zabawek. Pobawił się grzecznie ponad godzinę, po czym zaczął trzeć oczka. Zaniosłam go do łóżeczka i przymknęłam drzwi. Zwykle o tej porze śpi zaledwie 40 minut, maksymalnie godzinę. Tymczasem zobaczyłam go dopiero po 3 godzinach! Spał ponad dwie, a potem znowu bawił się przywieszkami. Przeczytałam 150 stron książki! Było przecudownie! Potem znowu przywitał mnie przeuroczym uśmiechem, zjadł i poszliśmy na spacer. Całe 1,5 godziny był grzeczniutki, że aż ludzie na poczcie, gdzie spędziliśmy jakieś 15 minut, nie mogli się nadziwić. Gdy wróciliśmy do domu zjadł, pobawił się pół godziny i poszedł spać na kolejne 1,5 godziny. Po drzemce znowu zabawa i tak do wieczora. Myślałam, że ja się tak wyspał w ciągu dnia to będzie problem wieczorem. Ale gdzie tam. Zasnął normalnie o 20-tej jak tylko przyłożył głowę do poduszki. Po prostu anioł! 

Gdyby mi ktoś kiedyś powiedział, że tak może wyglądać dzień z ośmiomiesięcznym niemowlakiem pewnie bym nie uwierzyła. Zresztą aż tak dobre dni zdarzają się rzadko. Ale dzięki temu piątek trzynastego zyskał nowy wymiar, a ja czułam się jakby ktoś podarował mi super prezent. Dziękuję synku :*




czwartek, 12 lutego 2015

WYOBRAŻENIA KONTRA RZECZYWISTOŚĆ - CO MAMIE UFOLINKA WYDAWAŁO SIĘ ZANIM TEN POJAWIŁ SIĘ NA ŚWIECIE :)


Wyobrażenia często mają niewiele wspólnego z rzeczywistością.
I tak też było gdy Ufolinka jeszcze nie było na świecie.

A oto co mi się wydawało zanim się pojawił, a jak jest w rzeczywistości:
  • Jak popłacze kilka minut to nic mu się nie stanie - taaaa, może jemu nie, ale mi  z pewnością pęknie serce... 
  • Gorączka, i co z tego? Przecież to normalne, że dzieci chorują i miewają gorączkę - może i tak, ale teraz boję się tej pierwszej gorączki jak ognia!
  • Co te matki tak przeżywają te szczepienia? - teraz pewnie niejedna bezdzietna koleżanka myśli tak o mnie...
  • Kolka, ząbkowanie, wszystko da się przeżyć - da się, ale ile się człowiek nacierpi patrząc na cierpienie dziecka tego nie jest w stanie sobie wyobrazić nie będąc rodzicem.
  • No pewnie, że będziemy zostawiali Ufolinka na noc u dziadków od czasu do czasu - hmm, no może jak skończy 18 lat... No dobra, może ciut wcześniej :)
  • Co za problem zostawić dziecko u dziadków na tydzień czy dwa i pojechać na wakacje we dwoje - oj problem jest i to duży, nie do przeskoczenia :)
  • Żłobek, żaden problem. Pójdzie, przecież będzie miał już 7 miesięcy - prędzej bym się z pracy zwolniła niż dała takie maleństwo do żłobka...
  • Fuj, ta kupa, ble... - kupa - bułka z masłem, nawet zapach jakoś bardzo mi nie przeszkadza. O zachwytach nad kupą nie wspominając :D
  • Dziecko tyle kosztuje, szkoda będzie tej kasy - jakoś nie szkoda, a nawet fajnie wydawać pieniądze na malucha :)
  • Po co ta Ania wycisza wciąż telefon, dodzwonić się do niej nie można. Wszystko dziecku podporządkowuje - cóż... do mnie między 14:30 a 16:30 też ciężko się dodzwonić. Za nic nie zaryzykuję obudzenia Ufolinka wtedy, gdy akurat mam godzinkę, a jak się poszczęści nawet dwie dla siebie. Wyciszam z czysto egoistycznych pobudek. Ba, czasami z premedytacją nie odbieram.
  • Po co ta Asia rzuca wszystko i biegnie do małej jak tylko jęknie? - byście zobaczyły jak ja staruję do Małego. Struś pędziwiatr to przy mnie żółw :D To silniejsze ode mnie. To chyba instynkt, którego nigdy nie miałam...
  • Co Ci nasi znajomi umawiają się z nami o takich dziwnych godzinach? Odwiedziny w sobotę o 11??!! Bez sensu! - Ufolinek śpi od 11 jakieś 40 minut i od 14:30 do około 16:30. Znajomych odwiedzamy albo o 12 albo o 17...
  • pewnie, że kocha się swoje dziecko - ALE ŻEBY AŻ TAK !!!

Jak widać rozminęły mi się wyobrażenia z rzeczywistością. I to bardzo :)
Co to macierzyństwo robi z człowiekiem. Czyni go chyba lepszym. I tego się trzymajmy :)

Poniżej sprawca całego zamieszania - Ufolinek i jego centrum dowodzenia :D 
I niech nie zwiedzie Was ta jego niewinna mina. Rządzi na całego :)


























poniedziałek, 15 grudnia 2014

MACIERZYŃSTWO - BEZ LUKRU


Macierzyństwo to niewątpliwie najbardziej niezwykła i w moim mniemaniu najpiękniejsza rzecz jaka może spotkać kobietę w życiu. Ale nie znaczy to, że zawsze jest pięknie i kolorowo. I nie dajmy się zwieść reklamom telewizyjnym czy zdjęciom w kolorowych czasopismach ukazującym obraz uśmiechniętych rodzin, obraz jak z bajki. Nie zawsze tak jest. Jednak rzadko kto o tym wspomina głośno, bo przecież matka nie może narzekać na swoje dziecko albo na swoje życie. Bo przecież ma fajnie. Nie pracuje, siedzi w domu, nic nie robi i jeszcze narzeka. Poza tym w końcu mamy czego chciałyśmy. No pewnie, że tak. Mamy poczucie ogromnego szczęścia gdy patrzymy na naszego rozwijającego się szkraba, a fala miłości zalewa nas za każdym razem gdy się do nas uśmiecha :) Ale jest jeszcze druga strona medalu... Strona, o której się głośno nie mówi. Temat tabu.

Nigdy nie łudziłam się, że macierzyństwo jest usłane różami. Aż nadto zdawałam sobie sprawę z jego ciemnych stron. Dlatego też długo zwlekałam z decyzją o zostaniu mamą. 
Bo prawda jest taka, że choć macierzyństwo jest piękne, jest też bardzo, bardzo męczące i wymaga niemałych poświęceń.  Jednak większość znanych mi mam o tym nie mówi. Bo co? Bo nie wypada? Przecież my mamy i tak wiemy, że nie zawsze jest różowo, że jesteśmy niewyspane, przemęczone i czasami mamy wszystkiego dosyć. I tak zdradzają nas cienie pod oczami, a nierzadko łzy w oczach.

Nie wierzę, że są mamy które nie mają momentów słabości, które nie tęsknią za w pełni przespaną nocą, czy za czasami gdy wracały z pracy i jedynym ich zmartwieniem było co przygotować na obiad. A potem mogły się położyć z książką pod kocykiem i odpoczywać do woli. Za czasami kiedy zawsze miały czas dla siebie i męża, na swoje pasje i przyjemności.

Macierzyństwo to ciężka praca i to praca 24 godziny na dobę. Praca nieprzewidywalna, wyczerpująca zarówno fizycznie jak i psychicznie. Nasz szef jest niezwykle wymagający i zdarza się, że nie daje nam chwili wytchnienia. Bywają dni, że ciągle marudzi bądź płacze. Niby jest głodny, ale jeść nie chce, niby jest senny, ale spać nie chce, nie daje się zabawić i ogólnie nic mu się nie podoba. I można sobie tłumaczyć, że to tylko kolejny skok rozwojowy i że wkrótce będzie lepiej. Tylko że czasami to wkrótce wydaje się takie odległe... A my jesteśmy wykończone, bezsilne, bliskie łez albo już nawet łzami zalane. 

Najbardziej żal mi mam, które miały zupełnie inne wyobrażenie na temat macierzyństwa, wyobrażenie reklamowe. Bo konfrontacja z rzeczywistością może okazać się bardzo bolesna i niejednokrotnie doprowadza mamy do depresji poporodowej. Ale to temat na osobnego posta. W każdym razie cieszę się, że mnie póki co to diabelstwo nie dopadło. I choć zdarzają mi się gorsze dni, chociaż zdarza mi się popłakać, to jednak po burzy przychodzi słońce i jakoś to wszystko się kręci :)
A Ufolinek potrafi wynagrodzić nawet te najgorsze chwile. Wystarczy skrzat, że się uśmiechnie :D



piątek, 12 grudnia 2014

IDEALNA MAMA


Czy mama idealna istnieje? Kto to taki? Może ja nią jestem?

Mama idealna jawi mi się jako taka która:

  • jest cierpliwa, cierpliwa i jeszcze raz cierpliwa
  • posiada dar przewidywania
  • ma tężyznę fizyczną ;)
  • jest kreatywna
  • która do perfekcji ma opanowaną umiejętność spania w nocy 3 godziny w 6 ratach
  • ma wieczny uśmiech na twarzy
  • ma oczy dookoła głowy
  • rezygnuje z własnych przyjemności i pasji dla dobra dziecka

A jak powyższe ma się do mnie. Cóż...
Cierpliwość nigdy nie należała do moich zalet... Ale pracuje nad tym :)
Potrafię wiele rzeczy przewidzieć, ale czas pewnie pokaże że nie wszystkie.
Nad moją tężyzną fizyczną codziennie pracuje mój ważący już 8,5 kg syn oraz jego wózek, więc nie jest źle.
Z kreatywnością u mnie raczej kiepsko, ale od czego jest internet ;)
Umiejętność spania w rozmaitych kombinacjach, nawet 10 razy po pół godziny w nocy mam opanowaną do perfekcji :D
Uśmiech na twarzy mej wieczny nie jest. A nawet o zgrozo pojawia się na niej niezadowolona mina, a czasami nawet wkurzona...
Oczy dookoła głowy staram się mieć - pewnie ta umiejętność przyda mi się najbardziej za czas jakiś, jak Ufolinek zacznie się samodzielnie przemieszczać.
Nadal czytam książki, oglądam swoje ulubione programy, wyrywam się na zakupy. Ba! Nawet prowadzę bloga! :) 

Oj, daleko mi do idealnej matki... Ale wiecie co, nie przejmuje się tym. Bo Ufolinek nie potrzebuje idealnej mamy, tylko takiej która go kocha ponad wszystko :)




sobota, 15 listopada 2014

OBAWY PRZYSZŁEJ MAMY...





Zacznę od tego, że nigdy nie odkryłam w sobie instynktu macierzyńskiego. Ani w wieku dwudziestu, lat, ani dziesięć lat później, ani nawet w momencie, w którym zdecydowałam się na dziecko. Nie ekscytowałam się maluchami znajomych, nie zaglądałam do wózków, nie marzyłam o małym, ciepłym ciałku wtulonym we mnie, o karmieniu piersią i rączkach, które się do mnie wyciągają.
Macierzyństwo mnie przerażało. I to w każdym aspekcie. Począwszy od odpowiedzialności za drugiego człowieka, po brak czasu dla siebie i męża. Bałam się wszystkiego: ciąży i zmian jakich dokona w moim ciele, porodu, pobytu w szpitalu, rewolucji jaka nastanie wraz z pojawieniem się dziecka na świecie. A najbardziej bałam się o zdrowie maluszka. 
Wszystkie te obawy w połączeniu z brakiem instynktu macierzyńskiego spowodowały, że zdecydowałam się na dziecko bardzo późno. Dlaczego w ogóle się zdecydowałam? Bo doszedł jeszcze jeden lęk - lęk, że gdy zechcę będzie już za późno, że ominie mnie coś tak ważnego w życiu i że zawsze będę tego żałowała. 
Teraz już wiem jak to jest być mamą i wiem, że nic piękniejszego nie mogło mnie w życiu spotkać...